30 lipca 2012

Czarny Tulipan – średnia starówkowa


Jeśli nie ma się wygórowanych oczekiwań, taka restauracja spełni pokładane w niej nadzieje.

Średnia starówkowa – sam to wymyśliłem. To taki punkt odniesienia, żeby łatwiej było szybko wytłumaczyć mniej zorientowanym jak jest w danej knajpie. Znacie pytania  w stylu– jak tam było?  Co można odpowiedzieć, żeby nie zanudzić , nie wymądrzać się, a przy tym wyczerpująco poinformować i zachęcić lub odradzić? Można użyć mojego określenia.

Nie szukaliśmy miejsca, w którym doświadczymy olśnienia. Nie mieliśmy ochoty na studiowanie kart i celowanie w pozycje, których na pewno nie ma. Chcieliśmy dobrze zjeść, nie zapłacić za dużo, a przy tym posiedzieć pod wyjątkowo łaskawym tego dnia słońcem. Weszliśmy z Łaszkiem do ogródka przy znanym adresie – Rynek 14. Niestety nikt nami się tam nie zainteresował. Wydaje nam się, że obsługa była w liczbie jednej pani, jeśli chodzi o kelnerów. Ale to nie powód, żeby nawet nie przywitać gości, których się widzi. Uciekliśmy.

W zasięgu naszego wzroku pojawił się wolny stoliczek należący do przybytku Czarny Tulipan. Jako, że tam nie byliśmy, stwierdziliśmy, że dobrze by było poznać ten lokal, choć tłok w nim, a obsługi niewiele więcej niż poprzednio. Od razu zostaliśmy zauważeni i wyposażeni w menu. Łaszek postanowiła poobgryzać żeberka w miodzie z orzeszkami ziemnymi (28 zł), a ja skusiłem się na sos holenderski pokrywający dorsza na porze w tej samej cenie.


Żeberka spodobały nam się mimo tego, że były kapkę za słodkie. Orzeszki odpowiednio długo duszone stały się przyjemnie miękkie i uzupełniały mięsko odchodzące z łatwością od kości. W jednym z odcinków popularnego niegdyś serialu, Alf chciał zamieszkać w żeberkach. Za takie z przyjemnością płaciłby czynsz.

Dorsz w sosie holenderskim
Żeberka w midzie z orzeszkami ziemnymi
Ryba jak to ryba. Najlepsza jest najświeższa, ale i ta, pieczona, skąpana w emulsyjnie gładkim, lekko kwaskowym sosie holenderskim dała zapamiętać się na dłużej. Mięso prawidłowo opierało się siekaczom. Dopracowałbym jedynie pora. Posłanie z niego było dziwnie mocno zielone. Chyba, ze względu na jakieś dodatki, oczywiście naturalne, ale nieporowe. Zwykle używa się jaśniejszej części tego warzywa. Oba dania łączą kopytka, które miały odpowiednią konsystencję. Nie trzeba było ich żuć, nie rozpadały się też pod naporem sztućców.



Najlepsze nadeszło pod postacią deseru. Tort Sachera. Czysta przyjemność grzechu warta. Warstwy czekolady przekładane marmoladą morelową i oblane polewą, jakże by inaczej – czekoladową. Klasyka rodem z dworu księcia Metternicha. Słodkość, która umiliła jeszcze bardziej piękny dzień. Ciekawe, czy kucharze zrobili go sami? Jeśli tak to szacuneczek.
Tort Sachera

Do poprawy zalecałbym czas oczekiwania na potrawy. W zasadzie tyle. Karta dań nie jest szczególnie pasjonująca. Co innego karta win, której przyjrzeliśmy się pobieżnie. Warto coś z niej zamówić. Dla nowicjuszy dobra wiadomość – jest dobrze opisana.  Liczę na rozwój wydarzeń kulinarnych i kulturalnych w Czarnym Tulipanie.  Warto wspomnieć, że miejsce to otrzymało tytuł „Miejsce Inspiracji” . Ich restauracja jest powyżej średniej starówkowej.

Adres w Internecie:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz