20 lutego 2017

Dwór Anna – dobry kelner to skarb



Plan zakładał pięć dań, ale stanęło na siedmiu. Samo się to nie stało. I to jest umiejętność sprzedaży.

Powrót po latach do miejsca legendy. Restauracja działa dwadzieścia lat i od zawsze pozycjonuje się jako miejsce dbające o dobre smaki, głównie polskie. Co najmniej pół Lublina i cała okolica Jakubowic Konińskich pewnie ma już wyrobioną opinię o tym miejscu. Słyszeliśmy różne, więc nadszedł czas sprawdzianu. Zwłaszcza, że gościł tam Kabaret OTTO i Mariusz Pudzianowski.
Rosół
Rydze w galarecie
Miłym zaskoczeniem była obecność Pana Jacka, którego pamiętamy z Hotelu Piano - kelnera,   uśmiechniętego, doradzającego, kontaktowego, dziękującego za każdą uwagę i szybkiego. Już dla jego osoby warto wpaść. Polecał gęsinę, to i akcent gęsi się pojawił, ale po kolei. Mimo zachęceń do obiadu w zacisznych zakamarkach, wybraliśmy salę ogólnodostępną. Nic chyba się w niej nie zmienia na przestrzeni lat. Solidne, drewniane i zdobione meble, ciężkie, tkane obrusy i dużo obrazów. Generalnie wszystko ma nas przenosić w klimaty staropolskie. Tylko sztućce już jakieś wysłużone, mało atrakcyjne, takie, które pewnie znajdą się w każdej kuchennej szufladzie. Akurat w tym miejscu można w to uwierzyć. Ozdoby karnawałowe jakieś niepasujące., lekko szpetne. Obserwacje przerwał Pan Jacek:
-        Dla państwa zupy i dania główne będą ?
-        Wszystko będzie – odparł pewnym tonem Łaszek.
-        Miałem kiedyś gościa ze Śląska, który powiedział to w identyczny sposób – przypomniał sobie kelner.
-        Blisko, ja z Zagłębia – wyjaśniła Łaszek.
-        Wiedziałem, że coś jest na rzeczy.
Sandacz
Sznycel cielęcy
            Zaczęliśmy od łaszkowego rosołu (9 zł), esencjonalnego, z mieszanego mięsa, z przewagą wołowiny, z chrupiącymi warzywami i domowym makaronem. Dobry, a to zawsze obiecujący start. Rydze w galarecie (13 zł) to pozycja obowiązkowa. Dużo pysznych grzybów, zwartych i zestalonych, lekko kwaśnych. Kiełki, krem balsamiczny i pomidorki koktajlowe pomińmy. Chcę więcej, jak to się mówi - „jadłbym, jak niewierny mąż, kiszone śledzie przy szosie w letni poranek” - cokolwiek to oznacza.
Pierogi z gęsiną
Z dań konkretniejszych spróbowaliśmy sandacza (2 zł za
10 g) z mrożonymi warzywami z wody (niestety ich mieszanka przewija się na wielu talerzach), sznycla cielęcego (35 zł) i pierogów z gęsiną (22 zł).
Sandacz smakował świeżo, był zwarty, stawiając pożądany opór i
Sernik z brzoskwiniami
świetnie łączył się z sosem borowikowym. To jedno z tych połączeń, które każdy Polak powinien zaakceptować. Mamy to we krwi. Przy sznyclu jak zwykle nie zauważyłem braku pożądanego opisu - „po wiedeńsku”. Znów dostałem kotlet z jajkiem. Dobry, bo miękki, z delikatnym wnętrzem, ale sadzony kurzy owoc cieszył jedynie po dobraniu się do żółtka. Niszczy chrupkość. OK, sam jestem sobie winny. Jako ,że karta w roli dodatku przewiduje jedynie frytki (jak z Maka), to zażyczyłem sobie ogórka kiszonego. Pan Jacek górą. Nie wspomniał o tym, że gotowane warzywa pojawią się na talerzu. Co do pierogów, to były niezłe. Wyraźnie gęsi farsz, niezbyt słony, dobrze łączył się z mocno posolonym sosem kurkowym. Średnio grube ciasto nam odpowiada, bo dobrze trzyma farsz.
Brownie
Na tym byśmy zakończyli, ale dzięki Panu Jackowi dorwaliśmy się jeszcze do brownie i  sernika. To pierwsze z wilgotnym wnętrzem (jak każde wnętrze warte uwagi) i z pożądanym dodatkiem mocno kwasowej konfitury wiśniowej. Jedynie lody są do poprawy, bo jadą pastą do zębów. Sernik puszysty, nieprzesłodzony, z brzoskwiniami, całkiem wciągający, ale znów te lody stępiły temperament. Na szczęście był sos malinowy, jak afrodyzjaczek.
Gastroekstazy się nie spodziewajcie, ale gdybyśmy powiedzieli, że nie warto tam jadać, to byśmy skłamali. Wpadnijcie przynajmniej na rydze. My pewnie tam zawitamy znów za jakieś dwadzieścia lat.

P.S. Dedykujemy Wam poniższą piosenkę. Wciąż zapętlała się podczas naszej wizyty.
Siedzi w głowie. Byle do lata: https://www.youtube.com/watch?v=gOaMva1OpWk

Adres: ul. Lubelska 3, Jakubowice Konińskie-Kolonia
Telefon: 81 501 22 40
Godziny otwarcia: 13-21
Internet: https://dworanna.pl/, https://www.facebook.com/DworAnnaLublin/

17 lutego 2017

Hotel Wieniawski – Walentynki



Trochę późno z tą rekomendacją, ale nic nie szkodzi, bo wysoki poziom dla tego miejsca, to norma.



Amuse bouche
Pisząc o tym miejscu, nigdy nie wiemy, czy powinniśmy za jedzenie chwalić Restaurację Trzy Romanse, Cafe Souvenir czy po prostu Hotel Wieniawski. Te tożsamości wzajemnie się przenikają. Jakoś będziemy z tym żyć. Zwłaszcza, że rozkręcili się od naszej ostatniej wizyty, także w kwestii obsługi. Nieco chaotycznie przebiegł początek wizyty, kiedy to recepcja „przekazała” nas restauracji, a w restauracji musieliśmy dopytywać się o stolik. Przydałoby się też więcej wieszaków,   bo przy wysokiej frekwencji nurkowanie w okryciach jest drażniące.
Przystawka
             Niesnaski ustąpiły miejsca przyjemnemu oczekiwaniu na kolację, a to również za sprawą świetnego kelnera, z którym naprawdę chciało się rozmawiać o wrażeniach. Od razu napiszemy o cenie – 160 zł od pary. Według nas była zachęcająca, bo obejmowała 6 dań + kieliszek wina dla osoby. Amuse bouche i sorbet zapewne pojawią się też podczas wizyty w inne dni, jeśli zamówimy kilka dań, wtedy to przyjemna niespodzianka, za którą teoretycznie nie płacimy.
Zupa
 Czekadełko było dość proste – cytrusy, granat, granita z naci pietruszki, marynowane płatki róży. Momentami czuliśmy jedynie sałatkę owocową z pietruszką, ale to był dopiero początek i prostota miała sens. Spodobały nam się dołączone chrupiące, słone paluszki. Przystawkowe brulee z wątróbki to już mocny punkt zabawy. Chałka z masłem pomarańczowym, pigwa, verbena cytrynowa rozbudowały smak musu drobiowego wykończonego chrupką taflą.
Sorbet
W roli zupy – consomme z selera, panna cotta z sera pleśniowego, selerowa kiszonka, jabłko i pralina z orzecha. Według nas – za dużo tu słodyczy, która niknęła dopiero pod koniec dania, ujawniając pikantne akcenty. Co do różnych faktur, byliśmy zadowoleni. Trochę do chrupania, trochę do rozpływania. Na oczyszczenie  - sorbet z herbaty, kandyzowany imbir, tiule z piernika. Wszystkie smaki wyczuwalne, może zbyt dużo tam piernika, który mógłby być intensywniejszy, za to w mniejszej ilości.
               Daniem głównym był królik z soczewicą, marchwią, gastric z podrobów i gorczycą, sosem z palonego masła.
Danie główne
 Królik dzięki zawinięciu w boczek zachował soczystość, ale nie on nam najbardziej przypadł do gustu. Znów wybijały się podroby, które można opisać w tym daniu jako tatar z pasztetu. Wieczór zakończył deser z gruszki, migdałów, karmelu, czekolady i wanilii. Pierwszy raz po lodach waniliowych za nimi zatęskniłem. Były idealne, rozpuszczały się powoli i nie były zbyt słodkie, subtelność to najlepsze określenie. Składników było więcej, dużo się działo, wyczuliśmy np. szarlotkę.
Deser
Wieniawski ma restaurację, którą spokojnie można polecać w ciemno. Szef Kuchni Piotr Skwarek dba o każdy szczegół i nie przesadza. Każda struktura ma swoje miejsce na talerzu. Obsługa kelnerska jest świetnie przygotowana i umila czas wszystkim gościom. Nic, tylko walentynkować przez cały rok.

P.S. Czy zwykła woda nie mogłaby być darmowa?

Adres: Sądowa 6
Telefon: 81 459 92 00

07 lutego 2017

Pan Masala – gdyby gotowali tak, jak dla siebie...



Promocje potrzebne, miła atmosfera zawsze wskazana, ale nam o jedzenie głównie chodzi.

            Mamy obsuwę, oj mamy. To pokłosie szalonego 2016 roku. Jednak wracamy do gry, a Wy, żeby mieć świadomość, jakie mamy zaległości, wiedzcie, że o tej restauracji (wtedy jeszcze tylko w opcji dowozu jedzenia) dowiedzieliśmy się w... październiku. Przymierzaliśmy się do zamówienia telefonicznego na początku stycznia, ale menu, o które prosiliśmy na fan page'u restauracji dotarło z opóźnieniem i głód zaspokoiliśmy jakoś inaczej. Będąc ostatnio w centrum już nie mogliśmy odpuścić. Drugie piętro kamienicy, odrapane ściany, drewniane schody z przeszłością. Robiło się ciekawie. Na szczęście drzwi oznaczone – wchodzimy i zostajemy powitani typowo hinduskimi brzmieniami. Trafiliśmy. Żeńska część załogi Pan Masala jest anglojęzyczna, ale dobra wiadomość dla nieśmiałych – męska część dyskutuje po polsku aż miło.
          
Mango Lassi
 
Już tylko 35 minut (przy pustym lokalu to nieco długo) oczekiwania w
Pakoras
lekkim chłodzie, za to z przyciągającym oczy widokiem na Bramę Krakowską - możemy zaczynać. Knajpka obecnie podaje jedzenie przy pomocy plastikowych naczyń i sztućców, nieco zaskakujących, bo przypominających wyglądem domowe sprzęty. Niech będzie i tak. Mango lassi (8 zł) bardzo nam się spodobało, bo nieprzesłodzone, a mocno owocowe. Łaszkowe Pakoras (10 zł) z panierką z mąki grochowej były pod postacią kawałków cebuli, papryki, kalafiora i ziemniaka. Szkoda, że płaskich kawałków, bo różnorodne kształty dodałyby charakteru przekąsce. Do nich miętowo-kolendrowy sos. Smaczny, ale to standard.
          
Aloo tikki chaat
 
Ja się za to taplałem w Aloo tikki chaat (według karty smażonych kotlecikach ziemniaczanych). To czego jestem mniej więcej pewny to aromatyczne curry z ciecierzycy, które często towarzyszy temu daniu. Zaskoczenie mogły wywołać indyjskie chrupki, którymi posypano danie, ale to też był plus. Tylko dlaczego kotleciki były pod postacią puree? Że niby jak pod curry, to już nie widać? Pachnie niedoróbką (może się rozpadły), ale nadal smakowitą, którą jesteśmy w stanie zamówić ponownie. Gorzej z Mutton
Mutton Biryani
Biryani (35 zł), którego suchości nie zdołał zrównoważyć jogurt z ogórkiem. Suchy był zarówno ryż, jak i mięso. Według nas była to baranina (menu zamiennie stosuje określenia mutton i lamb) o zdecydowanym smaku. Polskie opis sugerował jagnięcinę, ale mniej lub bardziej zdecydowany aromat nie zniechęca fanów tego mięsa. Baranek sprawiał wrażenie odgrzanego, przygotowanego oddzielnie. Zapamiętaliśmy głównie cynamon. Szkoda.
           
Butter Chicken
Gdy ja głowiłem się nad wiekiem mięsa, Łaszek mało energicznie mieszała widelcem w Butter chicken (23 zł).  - Eee, nie może być tak nudno – pomyślałem. A jednak. Słodycz zdominowała inne doznania. Soczystość mięsa też niezbyt urzekająca. O co chodzi? Odpowiedzią może być wyjaśnienie obsługującego nas, pogodnego Hindusa. Stwierdził on, że gotują typowo pod polski gust, że ich smaki są zupełnie inne. Powiedział, żeby następnym razem koniecznie prosić o gotowanie po ichniejszemu. Wydobyły się z nas cichutkie jęki zawodu. No tak, to my proszę Państwa uniesień nie zaznamy. Może trzeba zamówić coś z działu „Po naszemu”? W nim są placki ziemniaczane, ruskie pierogi i frytki...yhym...

P.S. I tak wrócimy ;)

Adres: Krakowskie Przedmieście 2
Telefon: 731 733 333 (mają dowóz)
Godziny otwarcia: 11-22, pt. i sob. do 24
Można płacić kartą
Niedostępna dla ludzi na wózkach