23 maja 2017

Kaslik – magnes na warszawkę



Z Kazimierzem chyba tak już być musi, że nawet jak drogo, to człowiek i tak się skusi.

To tu, to tam

Obiecujemy, że więcej rymów nie będzie. Trudno byłoby nawet zdecydować, jaki ton im nadać. Wizytę pod Górą Trzech Krzyży rozpoczęliśmy od punktów obowiązkowych – lodów w Pensjonacie Joanna i cebularzy od Sarzyńskiego. Gdy powzięliśmy plan podjęcia już trzeciej próby zdobycia restauracji Kuchnia i Wino, wszystko stanęło na głowie. Głównym celem naszej wizyty w Kazimierzu było obejrzenie Ściany Płaczu w Czernianach. Zboczenie z uliczek wokół Rynku dało do myślenia. Krok w tył – cepelia i niedzielni turyści w rodzaju – idę, uwaga, idę. Krok w przód – las przeorany wąwozami, a na skraju miejsce rzezi Żydów i Polaków z czasów II Wojny Światowej i ściana projektu inż. Tadeusza Augustyniaka. Malowniczo, dostojnie, ale trudno tam wytrzymać długo, bo nastrój przytłacza. Chciało się odetchnąć, a po drodze, niby przypadkiem, niby zrządzeniem losu wyrosła przed nami libańska kolonia – Kaslik. Restauracja mająca w swojej ofercie również dania, których nie powstydziliby się Żydzi sefardyjscy.

Pestka dobrym znakiem

Czekadełko
Nie twierdzimy, że knajpa jest najlepszym miejscem na
Lemoniada
odpoczynek w skupieniu, ale mieliśmy nadzieję na obiad względnie spokojny. Inne poglądy w tym samym czasie mieli przybysze ze stolycy, przepraszamy – stolicy. Durne śpiewy, wrzaski, bluzgi i gwiazdy telewizji śniadaniowej między nimi – rozkosznie. W końcu poszli, a my już jedliśmy. Na początku poczekajkowe, porządne, mięsiste i nieprzekwaszone oliwki z pestkami, dzięki którym smak zawsze jest pełniejszy. Po nich łyczek solidnej, limonkowo-miętowej lemoniady i byliśmy przygotowani na kuchenny, raban, znaczy Liban.

Lud żąda chleba

Mutabal
Zapach grilla nie kłamał. Mutabal (19 zł) odkrył dymny -
Mix grill
dla niektórych na pewno zbyt odważnie - aromat pieczonego bakłażana, tradycyjnie wzbogacony cytryną i sosem sezamowym. Dodatek granatu podniósł ciężar dania i orzeźwił jego najpotężniejsze akcenty. Kolejną ofiarą grilla był mix grill z jagnięciny i kurczaka (40 zł). Szaszłyk z kurczaka był bezbłędnie soczysty, ale nie ma startu do tego jagnięcego. Lekko muśnięta marynatą, wyjątkowo miękka najmłodsza wersja baranka była gwiazdą.
Pita podana do wszystkich dań
Z resztą kafta, która pojawiła się również na talerzu, też nie wypadła sroce, ani kucharzowi spod ogona. Mielona jagnięcina podrasowaną kolendrą to rzecz, która powinna dominować na każdym grillu. Do grillowego zestawu sprytnie podanego na małym talerzu, podano sosy (malutkie – jogurtowy i paprykowy) sałatkę, kiszonki i marynaty. Oszczędność na sosach łączy się z oszczędnością na pitach, co już wyjątkowo drażni.



Warto próbować

Fattoush
Cieszy za to szacunek do warzyw, który potwierdziła
Kibbeh
fattoush (18 zł) – sałatka z sałaty, pomidora, natki pietruszki, sumaku, mięty i tostowanej pity. W restauracjach tego typu oprócz warzyw, najlepszymi wyborami są zawsze przystawki. Tym razem tezę tę potwierdziły dobre kulki zwane kibbeh (24 zł). Ich wnętrze składało się z kaszy bulgur, orzechów pinii i mielonej jagnięciny. Całość okrywał chrupiący, smażony płaszczyk. Uważajcie – wnętrze może być nieco suche - czego doświadczyliśmy. Przez to Łaszkowi co nieco spadło na ziemię. A wystarczyłoby dodać więcej płynu, który szybko pijany jest przez kaszę i potrzeba go dużo. Można narzekać, ale smak po raz kolejny nie zawiódł. To nie są polskie rejony smaków. To są te smaczne odkrycia, dla których warto wejść w nieznane, nawet jeśli tabun słoikowych warszawiaków obsiądzie Was dookoła.

Adres:  Nadrzeczna 24, Kazimierz Dolny

17 maja 2017

Polish Vodka Tour – pij z Pascalem





Picasso powiedział, że „trzy niezwykłe wynalazki XX wieku to muzyka bluesowa, sztuka kubizmu oraz polska wódka”

Żeby spotkać się z ludźmi lubiącymi łączenie smaków – każda okazja jest dobra. Dzięki uprzejmości Muzeum Polskiej Wódki oraz Stowarzyszeniu Polska Wódka, w dniu 15.05 mieliśmy przyjemność uczestniczyć w foodpairingowej degustacji, którą bardzo sprawnie i lekko poprowadzili Maciej Starosolski i Pascal Brodnicki. Nie zanudzali oni gości aspektami technicznymi, choć wydaje się, że mogli opowiedzieć więcej ciekawostek na temat tajników pochodzenia i produkcji dobrej wódki. Myślimy, że chodziło głównie o rozbudzenie ciekawości i pobudzenie do samodzielnych poszukiwań najlepszych trunków. Zwłaszcza, że czasu na wypicie całego tematu było mało.

Nas kwestia czystej polskiej, zaczęła interesować głębiej

od czasu organizacji przyjęcia weselnego. O winie, piwie lub nawet whisky mówi się dużo. Wódka wciąż traktowana jest trochę jako temat tabu, choć pita jest często w naszym kraju. 
Trudno znaleźć ciekawe rankingi lub recenzje bądź artykuły dotyczące smaczniejszych flaszek. Szkoda, bo warto wiedzieć, że 13 stycznia 2013 roku weszła w życie nowelizacja ustawy, która definiuje warunki konieczne do spełnienia przez wyrób spirytusowy, aby mógł zyskać miano Polskiej Wódki: nasz narodowy trunek musi być produkowany na terenie Rzeczpospolitej Polskiej, z polskich surowców – żyta, pszenicy, pszenżyta, jęczmienia, owsa lub ziemniaków, a jedynym dodatkiem może być woda. Wódki Ostoya, Exquisite, Wyborowa, Luksusowa, Pan Tadeusz oraz Premium spełniają te wymagania. Od pewnego czasu wiemy, że smakują nam najbardziej wódki produkowane z ziemniaków. Degustacja to potwierdziła.

Choć nazwy konkretnych marek nie były tutaj

najważniejsze, dowiedzieliśmy się po degustacji, że w kieliszkach były trunki: Luksusowa, Ostoya i Wyborowa. Nie zgadliśmy tego sami. Opisywanie mocniejszych alkoholi sprawia nam większą trudność niż np. omawianie akcentów występujących w winie lub piwie. Jak uczestnicy (dzięki specjaliście Maciejowi Starosolskiemu) ustalili, kieliszek z kartoflanym rodowodem charakteryzował się największą słodyczą, delikatnością i czystością. Pszenica to już przykład bardziej temperamentnego charakteru, z większą kwasowością, ale wciąż zbalansowana słodyczą. Żyto zdecydowanie dominowało smakiem. To był dla nas najtrudniejszy trunek. Złożony, wielokierunkowy, podobno najlepszy do drinków i koktajli, dający najwięcej możliwości.

Napoje połączono bardzo zmyślnie. Oddzielnie smakując

jedzenie i alkohol można było mieć wątpliwości, ale naprzemienne próbowanie utwierdziło nas w tym, że Pascal jednak zna się na rzeczy.  Nie tylko wie, że dodanie wódki np. do gulaszu przyspiesza zmiękczanie mięsa, ale i świetnie gotuje. Pomagał mu Paweł Dobrzański. Przygotowali oni rilletttes wieprzowe  na grzance z musztardą Dijon, mini korniszonem, chipsem pietruszkowym i kolorową papryką oraz mikro liśćmi od Jabłońskich. (do w. ziemniaczanej), które według nas było trafionym połączeniem z racji sporej dawki tłuszczu, która połączyła się ze słodyczą alkoholu. Do pszenicy podano karmelizowaną czerwoną cebulę na pumperniklu z gruszką w occie, suszonym daktylem, serkiem kremowym i cebulką perłową. Doskonale prezentował się tutaj opisywana wcześniej równowaga smaków. Żytnią zaserwowano z szaszłykiem z białej kiełbasy, musztardą miodową, marynowaną rzodkiewką, ogórkiem małosolnym i cebulką. Poważne wyzwanie dla sprostaniu smakom żytniej, które wręcz potrafią (również dzięki mocy) zablokować inne doznania. Udało się. Kwaśne akcenty, słodycz i znów nieco tłuszczu sprawiły się wyśmienicie.
Na koniec chcieliśmy pochwalić bardzo dobrą organizację wydarzenia i elastyczność organizatorów, od których wiadomość o degustacji otrzymaliśmy z dużym wyprzedzeniem, ale ją przeoczyliśmy. Nie stanowiło to żadnego problemu. W ostatniej chwili (na godzinę przed startem) zostaliśmy dopisani do liści gości. Takiej elastyczności życzymy wszystkim, a zwłaszcza restauratorom.

24 kwietnia 2017

Noma: My Perfect Storm/pokaz filmu w Lublinie – relacja



Ciekawy, choć przewidywalny film, krótka pogaducha, szansa zjedzenia tego i owego oraz możliwość zgarnięcia kilku pamiątek – czemu nie?

Organizatorzy: FILMS for FOOD oraz Kino Bajka. Wybór miejsca - ze względu na kameralność -  bardzo nam odpowiadał, choć nie da się ukryć, że wszyscy widzowie przynajmniej raz podczas seansu zatęsknili za poduszkami, które mogliby położyć na fotelu. Przed pokazem wszyscy mieli okazję spróbowania przekąsek przygotowanych przez Lubelską Kooperatywę Spożywczą, promującą projekt Wspólna Przestrzeń.
Szukaliśmy swego czasu tego filmu na różne sposoby i już straciliśmy nadzieję, że go zobaczymy. Przypomnijmy, że światowa premiera miała miejsce blisko 2 lata temu (nie czujecie, że znów jesteśmy  w tyle?). Dzieło wyreżyserował Pierre Deschamps, który odpowiadał również za scenariusz oraz świetne, niemal żywe zdjęcia. Film momentami trącił przerysowanymi uniesieniami (podniosła muzyka, chóry, spowolnienia) ale tym, którzy traktują gastronomię jako sztukę, zabieg ten nie będzie przeszkadzał. Było i śmiesznie i momentami smutno, nostalgicznie, a nawet niepokojąco. Odnieśliśmy wrażenie, że do widzów trafiły zwłaszcza te sceny, w których Rene Redzepi opowiadał, o tych, którzy w niego nie wierzyli. Padało mnóstwo określeń deprecjonujących, a nawet obrażających pomysł, by stworzyć miejsce z surową, lokalną i sezonową kuchnią nordycką. Po raz kolejny okazało się, że trzeba robić swoje i nie przejmować się często bezsensowną krytyką. Warto również zastanowić się nad szaleństwem perfekcjonizmu, który towarzyszy najlepszym restauracjom. Może właśnie ukazanie tego wariactwa w filmie, wyjaśni niektórym, że nie da zjeść się najlepszych dań, płacąc za nie 19,90. Nie ma sensu dalej się rozpisywać. Lubicie klimaty okołojedzeniowe? Obejrzyjcie koniecznie.
Dalszą część wieczoru stanowiła dyskusja, którą poprowadziła Daria Pawlewska – redaktorka naczelna magazynu KUKBUK. Usłyszeliśmy narzekania na polską gastronomię w wykonaniu Mikołaja Makłowicza (importera wina, absolwenta Swiss Hospitality Management School oraz Les Roches Management School) oraz jego lekcję języka polskiego. Dowiedzieliśmy się, że nie ma czegoś takiego jak „kuchnia staropolska” – ciekawe co na to profesor Jarosław Dumanowski? Nie możemy używać terminu serwis – no pewnie, zawsze lepiej ciągle pisać „obsługa” i w ogóle kiła i mogiła, zwłaszcza w kwestii wiedzy i umiejętności polskich kucharzy. Za to terminy takie jak „prawe ręki szefa kuchni” to już zapewne hasła z najnowszego wydania słownika języka polskiego, z którego korzysta Pan Mikołaj. No i ta wymowa „su-wi” bez „d” na końcu. Na szczęście dyskusja nie była jednostronna. Agata Godlewska – redaktor naczelna Food Service – swoimi wypowiedziami stale trafiała w punkt, nawiązując do filmu. Ciekawymi jej uwagami były m.in. te, które podkreślały, że sukces Nomy to nie tylko charyzma Redzepiego, ale i marketing, PR oraz co najważniejsze, współpraca duńskich kucharzy, którzy razem promują na świecie kuchnię swojego kraju. Niestety takiej solidarności i świetnych pomysłów, wykonanych w odpowiednich czasie brakuje w Polsce. Współpraca szefów kuchni w ogóle szwankuje. Choć lubelski projekt „Kucharzem dzieciom pokazuje”, że w przyszłości powinno być lepiej. Kilka zdań dorzucił od siebie Jakub Gutek, który miał okazję zjeść kolację w Nomie. Niekoniecznie jednak wiedział, jak tą opowieścią zainteresować widzów, którzy w zasadzie jedynie chcieli wiedzieć, ile za tę kolację zapłacił.
Spotkanie z widzami zakończyło się losowaniem zaproszeń na kolację organizowaną przez restaurację Ego z hotelu Alter, rozdaniem upominków i obietnicą, że podobnych projektów będzie więcej. Czekamy i kibicujemy. Tłumów nie było, ale to dopiero początek.

11 kwietnia 2017

Zaczarowana Dorożka – i jak tu dogodzić?



Knajpa ma być na modłę przedwojenną, z recepturami Monatowej, ale jak ludziom się spieszy, a w dodatku pizzy żądają, to co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Dobrze obsłużeni

O Zaczarowanej Dorożce szumiało w Telewizji Lublin, a i w prasie można było o nich przeczytać, słowem – reklama dźwignią handlu. Nam nie trzeba dwa razy powtarzać. Wybraliśmy się na Grodzką dzień po otwarciu. Nieco smutni, bo restauracja zajęła miejsce po Zipangu, który był, jaki był, ale serwował najlepszy ramen w mieście, a i sushi swego czasu mieli topowe. Zatem przed Dorożką stanęło trudne zadanie ukojenia japońskiego, a więc jako takiego bólu.
Od progu witają gości kelnerzy. Przedstawiają się, prowadzą do stolików, nawet płaszcze potrafią odebrać. Jeśli nie traktujecie kelnerów jako namolnych sprzedawców, to będziecie zachwyceni. Pan Kamil przyjął zamówienie bardzo szybko, ale nie wiązało się to ze zniknięciem na dłuższy czas. Zaglądał, podpytywał, opowiadał. Kelnerzy to naprawdę dobra inwestycja. Co ciekawe, niektórzy goście narzekali na czas oczekiwania. Tempo z maka im się marzy, choć i mak podobno bardzo często daje ciała w tej materii. Nasze przystawki pojawiły się po 5 minutach, dania główne po 30.

Chcemy większych porcji

Consomme
Chałka z sardelami

Łaszek zaczęła od consomme (14 zł). Klarowność ze względu na słabe światło trudno było ocenić, ale esencjonalność była bez zarzutu. W talerzu odnaleźliśmy chrupiące warzywa, m.in. rzodkiewkę  i pietruszkę oraz grzyby. Chciałoby się więcej. Mamy wrażenie, że porcje są nieco za małe. Co ludzie powiedzą – nasuwa się pytanie. Zobaczymy. Rozmiar potrafi zejść na dalszy plan, jeśli tylko pojawi się finezja lub intrygujące zaskoczenie. Moja chałka z sardelami (19 zł ) spełniła te warunki. Słodycz pieczywa była kontrastowana słonością rybek i pikantnością rukoli. To się jadło z uwagą i uznaniem. Może zabrakło ciut wilgoci (więcej oliwy?) lub treści, ale takie dane można modyfikować.


Przyprawy na stole są zbędne

Królik
Z konkretów wybraliśmy duszonego królika (39 zł) i troć
Troć
(35 zł). Łaszek podejrzewała gotowanie królika w rosole, to nie grzech, tylko, że przy takiej obróbce łatwo stracić subtelny smak królika. Tutaj jeszcze sporo się go uchowało. Na szczęście nie zabrakło też soczystości, ale kuchnia powinna jeszcze popracować. Żadnych uwag nie zgłosiła do dodatków. Redukcja winna, zabarwione na czerwono ziemniaki i mus z marchewki to była udana kompozycja. Wszystko miało wyraziste smaki. Znacie te narzekania, że w nowoczesnych restauracjach jest ładnie na talerzach, ale próżno w nich szukać smaku. W Zaczarowanej Dorożce deficyt językowych doznań Wam nie grozi. Potwierdza to moja troć. Bardzo delikatna, rozpadająca się pod widelcem (odrobinę zbyt łatwo) była wykończona świetnym sosem limonowym. Do niej charakterny, nieco grudkowaty mus ze skorzonery i chrupiące szparagi, rzodkiewka i pomidory. Coś mnie tknęło. Tak się dziś nie podaje, choć fantazji współczesnym nie brakuje. Naprawdę poczułem klimat dawnej kuchni, a może to tylko krótkie uniesienie przy piosenkach Bodo i Fogga?

Nie ma pizzy?

Hucznie chwalonego tortu Fedora nie było. Znaczy był, ale niegotowy. Dorwiemy następnym razem, który na pewno nastąpi. Pewnie nie spotkamy się już z dojrzałymi Paniami, które narzekały na zbyt krótką kartę (kurczak na 100 sposobów?) i brak…pizzy. Piwo i tatar – ich wybór – utwierdził nas w przekonaniu, że nie da się wszystkich uszczęśliwić, ale Ci doceniający dobre smaki na pewno będą przychodzić.

Adres: Grodzka 1
Telefon: 518 819 396
Godziny otwarcia: 11-23