11 kwietnia 2017

Zaczarowana Dorożka – i jak tu dogodzić?



Knajpa ma być na modłę przedwojenną, z recepturami Monatowej, ale jak ludziom się spieszy, a w dodatku pizzy żądają, to co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Dobrze obsłużeni

O Zaczarowanej Dorożce szumiało w Telewizji Lublin, a i w prasie można było o nich przeczytać, słowem – reklama dźwignią handlu. Nam nie trzeba dwa razy powtarzać. Wybraliśmy się na Grodzką dzień po otwarciu. Nieco smutni, bo restauracja zajęła miejsce po Zipangu, który był, jaki był, ale serwował najlepszy ramen w mieście, a i sushi swego czasu mieli topowe. Zatem przed Dorożką stanęło trudne zadanie ukojenia japońskiego, a więc jako takiego bólu.
Od progu witają gości kelnerzy. Przedstawiają się, prowadzą do stolików, nawet płaszcze potrafią odebrać. Jeśli nie traktujecie kelnerów jako namolnych sprzedawców, to będziecie zachwyceni. Pan Kamil przyjął zamówienie bardzo szybko, ale nie wiązało się to ze zniknięciem na dłuższy czas. Zaglądał, podpytywał, opowiadał. Kelnerzy to naprawdę dobra inwestycja. Co ciekawe, niektórzy goście narzekali na czas oczekiwania. Tempo z maka im się marzy, choć i mak podobno bardzo często daje ciała w tej materii. Nasze przystawki pojawiły się po 5 minutach, dania główne po 30.

Chcemy większych porcji

Consomme
Chałka z sardelami

Łaszek zaczęła od consomme (14 zł). Klarowność ze względu na słabe światło trudno było ocenić, ale esencjonalność była bez zarzutu. W talerzu odnaleźliśmy chrupiące warzywa, m.in. rzodkiewkę  i pietruszkę oraz grzyby. Chciałoby się więcej. Mamy wrażenie, że porcje są nieco za małe. Co ludzie powiedzą – nasuwa się pytanie. Zobaczymy. Rozmiar potrafi zejść na dalszy plan, jeśli tylko pojawi się finezja lub intrygujące zaskoczenie. Moja chałka z sardelami (19 zł ) spełniła te warunki. Słodycz pieczywa była kontrastowana słonością rybek i pikantnością rukoli. To się jadło z uwagą i uznaniem. Może zabrakło ciut wilgoci (więcej oliwy?) lub treści, ale takie dane można modyfikować.


Przyprawy na stole są zbędne

Królik
Z konkretów wybraliśmy duszonego królika (39 zł) i troć
Troć
(35 zł). Łaszek podejrzewała gotowanie królika w rosole, to nie grzech, tylko, że przy takiej obróbce łatwo stracić subtelny smak królika. Tutaj jeszcze sporo się go uchowało. Na szczęście nie zabrakło też soczystości, ale kuchnia powinna jeszcze popracować. Żadnych uwag nie zgłosiła do dodatków. Redukcja winna, zabarwione na czerwono ziemniaki i mus z marchewki to była udana kompozycja. Wszystko miało wyraziste smaki. Znacie te narzekania, że w nowoczesnych restauracjach jest ładnie na talerzach, ale próżno w nich szukać smaku. W Zaczarowanej Dorożce deficyt językowych doznań Wam nie grozi. Potwierdza to moja troć. Bardzo delikatna, rozpadająca się pod widelcem (odrobinę zbyt łatwo) była wykończona świetnym sosem limonowym. Do niej charakterny, nieco grudkowaty mus ze skorzonery i chrupiące szparagi, rzodkiewka i pomidory. Coś mnie tknęło. Tak się dziś nie podaje, choć fantazji współczesnym nie brakuje. Naprawdę poczułem klimat dawnej kuchni, a może to tylko krótkie uniesienie przy piosenkach Bodo i Fogga?

Nie ma pizzy?

Hucznie chwalonego tortu Fedora nie było. Znaczy był, ale niegotowy. Dorwiemy następnym razem, który na pewno nastąpi. Pewnie nie spotkamy się już z dojrzałymi Paniami, które narzekały na zbyt krótką kartę (kurczak na 100 sposobów?) i brak…pizzy. Piwo i tatar – ich wybór – utwierdził nas w przekonaniu, że nie da się wszystkich uszczęśliwić, ale Ci doceniający dobre smaki na pewno będą przychodzić.

Adres: Grodzka 1
Telefon: 518 819 396
Godziny otwarcia: 11-23

07 kwietnia 2017

Koper Włoski – w sumie smaczne obiecanki cacanki



Dużo miejsca, rozgarnięci kelnerzy i menu w stylu „dla każdego coś dobrego”.


Spokojni kelnerzy

Pierwsza myśl o tym lokalu była iście stereotypowa – pewnie będzie to lokal z pizzą, makaronami i sałatkami, niedrogi, niewymagający, chyba pod studenta. Tak do końca nie jest. Ale czy to dobrze? Od progu gości witają spokojni (to nie jest norma) kelnerzy, na których nie robi wrażenia liczba wchodzących – stolik dla ośmiu osób – proszę bardzo. Nie myślcie, że lokal był pusty. Wręcz przeciwnie. Krótka gra w tetrisa stołami – żeby wszyscy się zmieścili – i już czytamy menu. Ciekawostka – rezerwacje podpisywane są nazwiskami gośćmi – to nieco dyskusyjna forma oznaczania stołów. Na wstępie pochwalimy za piwa kraftowe (choć nie oszukujmy się, teraz jest na nie moda). Cena lubelskiej chmielowej nieco zdziwiła – 9 zł. Może jednak student będzie musiał się zastanowić?

Pizza quattro for…fro…coś tam

Pizza góralska
Szczerze mówiąc, to w karcie nic nie przykuło naszej uwagi, z wyjątkiem dań, których skład na pewno nie jest kanoniczny – choćby sałatek, mamy te wszystkie cezary z kurczakiem czy greckie z miksem sałat.  Błędów leksykalnych również się nie ustrzeżono, np. przy pizzy „quattro fromaggi”. Skład pizzy też chyba nieco chaotyczny. Ale przecież smak jest najważniejszy. Nowa interpretacja jakiegoś klasyku też może się podobać. Najpierw spróbowaliśmy pizzy górskiej (25 zł), bo zimno było. Naprawdę – podobno obok trwał remont i przez to jedna ściana, czy też osłona, była dość prowizoryczna. Ser kozi, pancetta, mozzarella i orzechy nerkowca to udana kompozycja. Łaszek protestowała przy określaniu poziomu słoności. Ja byłem zadowolony, może dlatego, że zjadłem mniej. Ciasto niczym nie zachwyciło. Ot placek, jakich wiele.

Puree zamiast frytek


Przebieranie nóg zaczęło się przy oczekiwaniu na żeberka glazurowane BBQ (23 zł). Tutaj
Żeberka BBQ
drobna skucha – zamiast frytek dostaliśmy puree. Sprytnie, bo frytki pewnie mrożone, a puree dobre, maślane, gładkie. Nieco chłodnie tylko. Mięso odchodziło od kości, ale nie był to ten poziom widelcowej uległości, który się wspomina dniami. Po prostu dobrze upieczone. Glazura lekko słodka, z jedynie delikatnie dymnymi aromatami, gdzieś w dalekim tle. W roli dodatków cukinia, papryka, pieczarka – wszystko poprawnie zgrillowane i ciekawa marynowana marchew o goździkowym posmaku. Trudno narzekać, ale brakuje pazura.

Świetny pstrąg, beznadziejne kaszotto

Kolejna, już większa skucha zdarzyła się przy pstrągu (26 zł). O rybę się nie martwcie.
Pstrąg
Wszyscy zgodnie stwierdzili (a fanów ryb było kilkoro), że idealnie chrupka skóra pokrywała jędrne i wilgotne mięso. Super. Gorzej z kaszotto, bo to była po prostu kasza ugotowana na sypko. To bolało. A w dodatkach jeszcze siermiężne leczo – ciężki, gęsty, o konsystencji niemal koncentratu sos to nie jest najlepsza wizytówka dla tego węgierskiego dania, ale tak to wyglądało w Zielonym Koprze.
Ich menu nie obiecuje wiele, a i tak są potknięcia, choć finalnie każdy się naje i nie będzie biadolił. Generalnie operują w zakresie bezpiecznych smaków i jak widać po frekwencji, tego ludziom w okolicy trzeba. Zwłaszcza, że serwis nie zawodzi. Nie każdy lokal musi się wybijać ponad przeciętność, ale czy chcecie iść do kolejnej restauracji,  w której chyba już kiedyś byliście?

Adres: Nadbystrzycka 25
Telefon:  81 743 54 08
Godziny otwarcia: 09-23

01 kwietnia 2017

Phuc Phuc – wszystko robią nie tak jak trzeba



Może to wina Pani Gessler, a może to czar Lubartowa – ta restauracja jest dziwna.

Hubert też poleciłby pół na pół

Jak inaczej wyjaśnić to, że rezerwacja telefoniczna przeprowadzana jest z pełnym profesjonalizmem, a obsługa już na miejscu wyjaśnia istotę każdego dania i nawet, niezbyt marketingowo zaleca wybieranie mniejszych porcji lub nawet zamawianie mniejszej liczby dań? Przecież to klient (dla niektórych jest tym samym co gość) powinien się martwić o to ile zje. Dziwaczne też jest to, że nie używają warzyw z gotowych kompozycyjnie mrożonek – na jakim świecie oni żyją? Przecież po to są zamrażarki, żeby nie martwić się jakimiś tam dodatkami. No i jeszcze te zapachy, które nie każą po powrocie do domu uruchamiać pralki. Toż to przecież normalne w wielu miejscach, że musi śmierdzieć. Na fiołkach się nie smaży nie? No i ta skandaliczna cielęcina. A co to za różnica by była, jeśli klient dostałby wołowinę. Też krowa. A jak krowa w zupie pho to w Phuc Phuc musi być medium. Już bez przesady, nic by się nie stało jak byłaby well done. Wielkie mecyje.

Pho rządzi
 
Zupa pho
Już dość tych utyskiwań. Do rzeczy. Zupę pho z
Dodatki
polędwicą
(17 zł) zjedliśmy na pół i oboje się po niej uśmiechnęliśmy. Łaszek zjadła ją bez tuningu, ja dodałem wszystko co było na stole. Obie wersje zasługują na polecenie. Delikatne, różowe mięso nie stawiało praktycznie żadnego oporu. Szukająca go łyżka trafiała bardzo często na idealnie ugotowany makaron ryżowy. Wydawał się na początku nieco zbyt mocno posklejany, ale to pozory. Słodko-słony u podstaw bulion został świetnie rozwinięty przyprawami korzennymi. Nie bójcie się jej zakwaszać w miskach. Niby zupa jak wszędzie, a jednak jedna z lepszych pho jakich doświadczyliśmy.

Kaczka tak, boczek na pewno tak

Kaczka
Łaszek po zupie dzielnie rozprawiła się z kaczką (35 zł) i słusznie chwaliła wilgotne mięso i chrupiącą skórkę. Jej uwadze nie umknęła też jędrność warzywnych dodatków i sprytna surówka marchewkowa z imbirem. W tym samym czasie ja próbowałem dojeść bun z boczkiem (16 zł). Grillowana wieprzowina łączyła w sobie miękkość i sprężystość, dzięki temu żeby pracowały bez wysiłku. Skąpana została na życzenie w sosie rybny, który wybił jej słodycz. Wśród dodatków najmilej zapamiętałem rzepę, miętę, migdały i prażoną cebulkę. A i makaron bun nie został ocalony.
Bun z boczkiem

Nie ma stolika? Bierzcie na wynos

Cielęcinę z kalarepą i czosnkiem (25 zł) zjedliśmy już w domu. Delikatne mięsko wysmażono z wyczuciem, a dodatki o dziwo nie przytłoczyły jej, co często zdarza się w „azjatyckich” przybytkach.
Prawda jest taka, że na dobrą wietnamską kuchnię musicie udać się do Lubartowa. Obecnie Lublin pod tym względem leży i kwiczy. Przyjmujemy zapisy na trzy miejsca w samochodzie. Zapraszamy również knajpiarzy prowadzących „chińczyki”. Nauczycie ich jak nie prowadzić lokalu.

Adres: Lubelska 79, Lubartów
Telefon: 796 865 884
Godziny otwarcia: 10-20