17 września 2017

Dymiona Gęś – podnoszą poziom



W tej restauracji nie widać przypadkowych osób. Wszystko przemyśleli. Podnoszą poziom gastronomii, ale nie chcą wyznaczać nowych trendów.

Dymiona Gęś jest młodszą siostrą Alan Hugs, pochodzącą z porządnej rodziny, do której należy m.in. Kardamon. Dlatego byliśmy pewni, że nie spotka nas tam rozczarowanie. Od progu widać, że zależy im na dobrej opinii gości. Odbierają okrycia wierzchnie, prowadzą do stolików, doradzają, uprzedzają i na bieżąco informują, co dzieje się z zamówieniem (oby codziennie). Hołdują najlepszym standardom.

Nerka z niewęgierskim kindziukiem

Consomme
Consomme
Kuchnia nadąża za dobrze funkcjonującą salą. Menu jest interesujące, nieprzeładowane, raczej nie oślepiające nowinkami. W karcie sporo gęsiny, ale już np. półgęska nie uwzględnili, a ten polski przysmak jest dość oczywisty. Łaszek zaczęła od consomme (12 zł). Klarowny wywar był subtelny w smaku, a zanurzone w nim pierogi miały jędrne, zwarte ciasto, które skrywało jednak nieco zbyt suchą gęsinę. Ja musiałem wziąć się za nerkę cielęcą, podrasowaną kindziukiem, borowikiem i winiakiem (28 zł). Tutaj można byłoby obniżyć poziom soli, ale całość była dopracowana, choć momentami mieliśmy wątpliwości, czy smak nerki nie powinien być wyraźniejszy. Podroby na modłę al dente ciekawie łączyły się z twardszym kindziukiem (słyszeliśmy jak kelner tłumaczył młodszej koleżance, że pochodzi on z Węgier – no nie, bo z Litwy) i delikatnymi grzybami. Sposób podania bardzo przypominał nerkę z Kogla Mogla, szkoda, że cena zdecydowanie wyższa. Do tego świeży chleb i już wiedzieliśmy, że źli stamtąd nie wyjdziemy.

Zabrakło błysku

Sałatka z piersią z gęsi
Talerze z kolejnymi daniami również nie zawiodły, ale można się
Lin w śmietanie
czepić kilku szczegółów. W sałatce (28 zł) pierś gęsi mogłaby być gorąca i jeszcze bardziej soczysta, a wiśni w marynowanych w porto powinno być mniej. Ciekawym dodatkiem były orzechy laskowe w karmelu. Lin w śmietanie (39 zł) obronił się. Okraszony był słodkimi i kwasowymi aromatami. Ciekawym dodatkiem był krokiet ziemniaczany wzbogacony miętą. Puree z czerwonej kapusty też miało tutaj sens. Wydawać by się mogło, że niczego tu nie brakuje, ale nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że przydałby się tu jakiś lekki błysk, bo pod koniec robiło się mdło.

Przyjazne i komfortowe miejsce

Lody miodowo-brzozowe
Łaszek otworzyła szerzej oczy, gdy dojrzała w karcie lody miodowo-brzozowe (16 zł). Smak się zgadzał według niej, ale konsystencja już nie. Chyba, że miało to być semifreddo. Niby też lody, ale bardziej zmrożone, a spodziewała się kremowej konsystencji. No i znów sporo agresywnych wiśni. Tylko, żebyśmy mieli jasność. Mamy uwagi, ale Dymiona Gęś ma jeszcze czas. Większość restauracji nigdy nie osiągnie poziomu, jaki tam był już pierwszego dnia. Zwłaszcza, w kwestii przyjaznej i sprytnej obsługi, która potrafi zbudować dobrą atmosferę. Młodsza stażem część ekipy musi jeszcze się podszkolić (np. w kwestii nazewnictwa dań), ale ma świetnych nauczycieli. A co z tymi trendami? Po prostu nie spodziewajcie się rewolucji. Dymiona Gęś ma być przyjazną, komfortową, elegancką restauracją dla każdego. Dzięki takim zaufanym miejscom coraz więcej Polaków nie obawia się jeść na mieście.

Adres: Narutowicza 9
Telefon: 784 895 002
Informacja dla niepełnosprawnych: W lokalu jest winda, ale żeby do niego wejść trzeba pokonać kilka stopni.

18 sierpnia 2017

Gospoda Sto Pociech – potrafią wyleczyć z łażenia po knajpach



Po raz kolejny dziękujemy panu krytykowi. Miała być kuchnia włoska, owoce morza, gościnność – wszystko było. W przaśnym wydaniu.

Niepokojąca lalka

Może to już nieaktualne polecenia, kto wie. Wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że odechciało nam się wierzyć w restauracyjne gościnności. Może po prostu kropla przelała czarę goryczy, ale od początku. Wnętrze bardzo domowe. W nim wolne miejsca w oddzielnym pokoiku, który kojarzył się z tajemnym pomieszczeniem tylko dla wybranych smakoszy. Tylko leżąca na parapecie lalka niepokoiła. Zwiastowała niepowodzenie, niczym Annabelle z horroru.

Coś nie tak

Zupa cytrynowa
Obsługująca nas Pani bardzo szybko krążyła po lokalu.
Skwierczące krewetki
Błyskawicznie odebrała zamówienia, z resztą do końca utrzymywała tempo. Zaczęliśmy od zupy cytrynowej (8 zł) i „skwierczących” krewetek w czosnku (15 zł). Zupa faktycznie dość cytrynowa, zabielana, z warzywami (selerem naciowym, marchewką) i kurczakiem oraz domowym makaronem. Nie pocieszyła po stwierdzeniu, że nie ma zupy rybnej „akurat dziś”, ale jadło się ją komfortowo. Skwierczące krewetki nie miały jak skwierczeć. Podduszono je na maśle i tyle. Wyglądały dość biednie, smakowały jak najzwyklejsze, dostępne wszędzie. „Coś nie tak” – powiedzieliśmy jednocześnie, lecz było już za późno.

Może się nie zorientują

Antrykot
Antrykot (24 zł) był jak zemsta, tylko za co? Wiemy, że to taniocha, ale dało się zjeść ledwie pół. Reszta była niczym przysłowiowa podeszwa. Szkoda zwierząt. Nie pocieszyły sprężyste kopytka. Depresja zaczęła nas ogarniać przy makaronie z cukinią i krewetkami (16 zł). W smaku głównie śmietana. Zamiast krewetek-kurki. Ale ta zamiana nie byłaby problem, gdyby nie chrzęszczenie piachu pod zębami. Łaszek złożyła reklamację, a w ramach jej realizacji otrzymała ten sam talerz z niedbale wyjętymi brudnymi kurkami (kilka zostało), wzbogacony znów biednymi krewetkami. Przegięcie. Rachunek uregulowaliśmy nieco wcześniej, więc pozostało odnieść pełny talerz i się poskarżyć. Pani kelnerce najwyraźniej odjęło mowę. Cóż. Czasem nawet moc roszponki (stosowana w restauracjach równie namiętnie, co kiełki i rukola) nie pomoże.
Makaron z krewetkami i resztkami kurek
Tak zakończyła się nasza wizyta. Na dobicie wybraliśmy się na lody do „Pcion – Lody Tradycyjne”. Zamiast obiecanych jagodowych, dostaliśmy porzeczkowe. Chełmie – to była twarda lekcja gastronomicznego życia klienta, ale liczymy na rewanż. Obecnie mamy dość gastronomii.



Adres: Pocztowa 38
Telefon: 889 555 626
Godziny otwarcia: 10-22 (piątek, sobota – do północy)

13 sierpnia 2017

Kuchnia i Wino – tam nie tylko na wodę



Jedzenie swoją drogą, ale przyznajcie się, ile razy nie płaciliście za wodę?

Znane nazwiska – wabiki

Do znanej i cenionej restauracji Kuchnia i Wino dotarliśmy już kilkukrotnie, ale tam zawsze coś było nie tak. A to impreza, a to coś innego. W końcu udało się dorwać stolik. W ciepłe dni można wybierać między tarasem, salami wewnątrz oraz przewiewną przestrzenią pomiędzy nimi. Wybraliśmy też ostatnią lokalizację i ją polecamy. Jasno, dość chłodno i całkiem cicho. Karta zapowiada najwyższą półkę wrażeń. Amaro, Kondrat – nazwiska robią wrażenie. Wabiki czystej wody (tekst ewidentnie jest spod znaku tego płynu). Nie znaleźliśmy czegoś absolutnie wyjątkowego (była sztufada na potykaczu, ale zobaczyliśmy to przy wyjściu – szkoda, że kelner nie wspomniał), jednak menu jest solidne, niezbyt długie i w sumie atrakcyjne.

Wody!

Pierwsza przywędrowała zamówiona woda. Miała być niegazowana, ale ta, którą dostaliśmy – była lekko musująca. Z dzbanka. Niby lekko podejrzane, ale jak się okazało – pomimo dolewek – nie musieliśmy za nią płacić. Nic wielkiego, ale w naszym kraju to chyba jakiś luksus. Choć przecież wszyscy restauratorzy zgodnie twierdzą, że mają gości, a nie klientów. Także, tak…

Sałatkowy błogostan

Sałatka sezonowa
Przyjmowanie pokarmów zaczęliśmy od dyskusyjnej zupy rybnej.
Zupa rybna
Mimo, że niezbyt intensywnej (pomidory wygrywały aromatem), to niewątpliwie „pływającej”. Co jest rzadkością w tego typu zupach, było trochę radosnego chrupania. Sardele to świetny pomysł. Jesiotr i sum wystąpiły w ilości śladowej, nawet ich nie wyczuliśmy, ale coś tam jednak dryfowało. Do tego podpieczone pomidory, i koperek. Jeśli wolelibyście coś chłodniejszego, zacznijcie od sałatki. Polecamy tę z truskawkami, kalarepą marynowaną, porzeczką, malinami, bobem i cebulą. Jeszcze tylko oliwa i mamy sałatkowy błogostan. Zerknijcie na skład i to powinno wystarczyć za rekomendację. Zachowano balans smaków, pamiętano o atrakcyjnej prezentacji. Łaszek odjęłaby nieco cebuli, ale i tak była zadowolona.

Smak sandacza

Sandacz
Najefektowniejszym daniem miał być sandacz z kiszoną gryczaną, ale podłość kaszy nie zna granic – nie ukisiła się. Stąd sandacz w towarzystwie jabłka w różnych formach. Ryba została perfekcyjnie przygotowana – skóra strzelała pod zębem i minimalną ilością soli, a mięso było pełne, zwarte i gorąco-wilgotne. Jabłko wystąpiło pod postacią suszoną, ale też w formie musu i cydru w formie pianki. Sporo zabawy formą, nieco zbędnej, ale uwzględniającą najważniejsze – że liczy się przede wszystkim smak. Wspomnieć jeszcze warto o dodatku buraczka, kwiatów i mocno doprawionego (głównie koperkiem) pęczaku.
Trzy dania kosztowały nas równe 90 złotych. Tanio nie jest, ale bankructwo nikomu nie grozi. Restauracja jest spójna w kontekście wystroju, obsługi i oferty. Pamięta o lokalnych akcentach i sezonowości. Będąc w Kazimierzu - pod wpływem nastroju gastronomicznego -  wpadnijcie do Kuchnia i Wino – doceńcie też wodę.

Adres: Krakowska 11, Kazimierz Dolny
Godziny otwarcia: 8-21 (w weekend do 22)

06 sierpnia 2017

Ser-o!-mania. Vicenti po „Kuchennych Rewolucjach” – jakoś to będzie



Za wcześnie na wydawanie ostatecznych sądów, ale kiedy powinien nastąpić moment pełnej gotowości? Tego chyba nikt nie wie. Ciekawe jak przebiegnie ponowna wizyta Magdy Gessler.

Krowy zamiast Koloseum

Vicenti to był lokal całkiem w porządku. Niezła pizza na kawałki, smaczne dania „obiadowe” też się trafiały. Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. W kwestii wyglądu: dawne, rysunkowe, około włoskie ilustracje zastąpiła fototapeta z krowami. Stoliki zostały ozdobione okazałymi słonecznikami. Reszta powierzchownych zmian niespecjalnie rzuciła nam się w oczy. Temat obsługi jest chyba obecnie największym problemem. Pomyłki w zamówieniach i długi czas oczekiwania wskazują, że są braki w załodze. Może uzupełnienie ich wyeliminuje niedogodności.

Pizza idzie

Czekadełko
Promocji serów brak, wszyscy dookoła i tak wcinają pizzę, a obsługa nie promuje nowości w menu. Zamawiając włoskie placki możecie liczyć na to, że wasze zamówienie dotrze bardzo szybko. My musieliśmy poczekać 45 minut. Grzechem byłoby napisać, że nikt o nas nie dbał, bo otrzymaliśmy czekadełka. Kulkę mozzarelli z pomidorkiem, garścią rukoli i pesto. Rukola jest chyba obecnie najtańszym zielskiem, ale o tym później. Na zaostrzenie apetytu – wystarczyło.


Tania deska serów

Deska serów
Gdy ubrania powoli nasiąkały kuchennymi zapachami, w końcu
Pieczywo do deski
wjechała deska wędlin. Stwierdzając, że miały być sery, już żałowaliśmy, bo mogło to oznaczać kolejne głodne chwile, ale tak nie było. Sery dotarły bardzo szybko, a do nich focaccia z rozmarynem. Deska zrobiła na nas duże wrażenie, bo za 12 zł otrzymaliśmy 6 różnych produktów, a do tego pomidory świeże i suszone, pesto oraz chyba pół kilo rukoli – czy restauratorzy dostają ją w prezencie?. Krowie mleko nie poszło na marne. Dojrzewające z pleśnią i bez, świeższy twarożkowy i dwa w typie mozzarelli były spełnieniem serowego głodu. Za niewiele ponad dychę – nie wypada odmówić.
Rosół
Pominąć można za to rosół (7 zł). Owszem, dobry, tłusty, ale bez żadnego szlifu. Jako, że stan osobowy był wzmocniony, spróbowaliśmy w tej turze jeszcze sałatki z szynką parmeńską (20 zł). Dobrej, ale zbyt ciężkiej, poprzez użycie panierowanego sera pleśniowego.
Sałatka z szynką parmeńską

Kwiatek do kożucha

Kolejny rzut dań, to dramat w postaci fileta drobiowego z puree i sosem porzeczkowym. Wszystkie składniki dań po chwili były już połączone. Sos rozmoczył i tak już odchodzącą od mięsa panierkę. Podobnie jak nieprzyjemnie ciągnące się puree, które spoczywało częściowo na wymęczonym, choć grubym kawałku drobiu, a do tego jeszcze sałatka i zwiędnięte kwiatki (20 zł). Łaszek stwierdziła, że tak mało apetycznego i brzydkiego dania już dawno nie testowaliśmy. Lepiej było z cordon bleu (25 zł). Opanierowana
Filet z kurczaka
cielęcina, ser i szynka może nie są idealne na lato, ale nie zdradzały żadnych potknięć. Do tego kilka pieczonych ziemniaków i zblanszowany szpinak oblany tym samym ,(niezbyt wyraźnym sosem), co mięso – znów niezbyt ładnie podane, ale w porównaniu do omawianego już fileta – bomba. Wrażenia byłyby na pewno gorsze, gdybym poczekał z jedzeniem, aż znikną sery z deski. Obsługa serwowała dania „jak leci”. Czyli jemy danie pierwsze, a nad nami już stoi uśmiechnięta Pani wciskająca na siłę kolejny talerz, na pełny i tak już stół. Czy to element rewolucji?

Podsumowując – dość tanio, porcje duże. Sery też się znajdą. No i pizza – już chyba nie ta na kawałki, bo jej nie było. Obecnie nie możemy polecić Ser-o!-manii, ale planowane wzmocnienie składu daje nadzieję, że sytuacja się zmieni. Szkoda tylko, że nowe rozwiązania testuje się na gościach, w dość niedbały sposób. Oj, jakoś to będzie.

Adres: Chopina 13
Telefon: 725 036 495
Godziny otwarcia: 11-21