07 października 2013

Oranżeria – nie po drodze nam



Minusy przesłoniły nam plusy, a dziećmi już nie jesteśmy. Przyjęcia dla dwóch osób też nie zorganizujemy.

Jest kilka nowych adresów do sprawdzenia, lecz i starych wiele. Na Oranżerię ja się uparłem. Skoro restauracja nieco schowana, a dość popularna, to pewnie smaczna – wydedukowałem. Po wizycie nie pozostaje nic innego jak ufać, że chociaż podczas imprez zorganizowanych jest pysznie.
Krem paprykowy
W sobotnie południe byliśmy pierwszymi klientami, ale nie jedynymi, co jest plusem przy wyborze lokalu. Drugim był niedługi jadłospis i wkładka sezonowa. Najpierw wybraliśmy krem z pieczonej papryki (12 zł) i zupę holenderską (13 zł). Łaszek miała nieco więcej szczęścia, bo jej krem był bezbłędny. Nieco słodki i pikantny. Aromat pieczonej papryki towarzyszył każdej łyżce.
Zupa holenderska
Boczek i migdały chrupały na zmianę, aż do ich końca. Ja też nie narzekałem. Choć nazwa zupy brzmiała dość ogólnie, to można się z tą interpretacją zgodzić. Holendrzy nie są zakochani w swojej kuchni. Raczej wolą zapożyczenia i eksperymenty. Ze swojego podwórka lubią zawiesiste zupy z nieco rozgotowanymi warzywami, jakiś dodatek sera i mięsa też jest im miły. Tak właśnie wyglądała moja holenderska. Syciły kulki ziemniaczane i baranie, kolorami obdarzały bób i marchew, a lekki, serowy aromat dodatkowo naprowadzał na niderlandzki szlak. Uznaliśmy kolejne plusy, które niestety szybko dały o sobie zapomnieć.
Kaczka
Przypalony miejscami sznycel cielęcy został obłożony zimną sałatką ziemniaczaną, choć ta miałaby być pod nim według słów menu. Dzięki temu nawet tak sucha panierka zaczynała mięknąć i nie chciała dłużej pokrywać miejscami twardego i żylastego mięsa.  W tym samym czasie Łaszek narzekała na kaczą pierś z zapiekaną krewetką w tej samej cenie. Kaczka za długo odpoczywała i straciła ciepło. Ponadto skóra nie została dobrze wytopiona i przez to każdy plaster prosił się o żucie. Dobry był za to sos malinowo - pomarańczowy. Wywołana wcześniej krewetka znalazła swoje miejsce wśród warzyw podanych do kaczki. Nie zrozumieliśmy tej koncepcji.
Sznycel cielęcy
W dodatku obniżyła temperaturę sznycla, czemu nie zapobiegło sadzone jajko. Liczyłem po cichu na wersję wiedeńską z ćwiartką cytryny, kaparami i anchois, ale nic by to nie pomogło. Cena to aż 40 złotych.
Ciastko czekoladowe
Sącząc „łatwe w piciu”, ale za zimne  Chardonnay Hidden Rock po 8 zł (ufamy karcie, bo butelki nam nie pokazano) o owocowych aromatach (melon) i łagodnym finiszu, zastanawialiśmy się, czy dać kuchni Oranżerii jeszcze jedną szansę. Wybór padł na ciastko czekoladowe (12 zł). Znowu pudło. Wysuszony słodycz ratowaliśmy gorącym połączeniem wiśni i malin. Kompozycję uzupełniała gałka lodów i arbuz o smaku wody. Niestety, nie było to kulinarne odkrycie.
Obsługa była sprawna, nienachalna, profesjonalna i faktycznie przyjazna dzieciom, których coraz więcej pojawiało się w restauracji. Dla nich przygotowany jest specjalny kącik.
A wystrój wydał się nam dość niespójny. Styl ogólnie go ujmując  - raczej elegancki, ale np. serwetki już papierowe, (najładniejsze jakie dotąd widzieliśmy, ale jednak papierowe) a róże na stołach sztuczne. Jak oranżeria, to może pomarańcze bardziej by pasowały?
Wierzymy, że całość odpowiada pracownikom okolicznych zakładów, rodzicom chcącym znaleźć miejsce, gdzie ich pociechy nie będą przeszkadzać kelnerom oraz tym, którzy planują wesele bądź chrzciny. My nie znaleźliśmy tam miejsca dla siebie. Nie po drodze nam ze względu na kuchenną niestaranność odbijającą się w smaku potraw.



Adres:  ul. Ciepłownicza 3A, 20-078 Lublin
Numer telefonu: 81 44 14 414
Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek: 09-18, sobota – niedziela: 12-20
Dostępna dla ludzi na wózkach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz