03 listopada 2013

The Olive – aromaty synergii



W Hotelu Ilan oryginalne receptury okryte są garowymi zapaszkami, a nowoczesność kończy się na czipsach nieziemniaczanych.

Czekadełko
Jest jeszcze trzecia nazwa, funkcjonująca w tej lokalizacji. Bar Salt. Powoduje to pewną dezorientację, ale od początku.
Jeszywas Chachmej – swego czasu, największa uczelnia talmudyczna świata. Od kiedy było wiadomo, że powstanie tam hotel i restauracja dostępna dla wszystkich, byliśmy pewni, że czeka nas koszerna uczta. Dotarliśmy do hotelu w sobotnie popołudnie i zostaliśmy przywitani widokiem ochroniarza, który czuwał pewnie nad tym, by nikt niepotrzebny nie kręcił się po obiekcie. Zaraz pojawili się kolejni członkowie ekipy hotelowej. Tego dnia chyba było ich więcej niż gości. Kierunek do restauracji The Olive wskazał nam zapach, niekoniecznie atrakcyjny, ot taki – kuchenny. Nasza grupa (wzmocnili nas Agnieszka i Marcin) zajęła miejsca i zaczęła kombinować nad zamówieniami.
Krem migdałowy
Rosół
W ramach startu zaproponowano nam humus z macą. Kto lubi tę pastę z ciecierzycy i sezamu ten miał przyjemność. Chyba tylko ja, bo reszta podeszła do tematu bez entuzjazmu, zwłaszcza Łaszek, która liczyła na macę własnej roboty. Humus znikł, a my coraz bardziej byliśmy pochłaniani smrodkami ze słabo oddzielonej kuchni (drzwi wahadłowe nie stanowiły odpowiedniej zapory). Bardziej niepokoił coraz częstszy dźwięk mikrofalówki. Na rozluźnienie chcieliśmy zamówić jakieś płyny łagodzące obyczaje, ale w menu ich nie było. Gdy Marcin poprosił o kartę alkoholi, dostał ją, ale nie było w nich tych słynnych win z całego świata zapowiadanych na stronie internetowej. Więc skończyło się na piwie w różnych wariantach.
Solianka
Z zup sprawdziliśmy rosół żydowski (12 zł) – jak domowy, z gatunku tych tłustszych, esencjonalny i wzbogacony kulkami macowymi. Marcin stwierdził, że te ostatnie były bez wyrazu. Wierzę. W tym samym czasie Łaszek dobierała się do kremu migdałowego (15 zł) – ziarnistego, a przez to dość ciekawego w strukturze i niezbyt słodkiego na szczęście. Moja solianka (14 zł) zawierała obiecany tymianek i wszystko, co mieć powinna, ale zabrakło charakteru tej polewce. Nie przeszła smakami. Plus za smaczne kawałki ryb i opieczoną chałkę jako dodatek. Szerokie ranty głębokiego talerza wyglądały jakby zupa się po nich rozlała, ale zielony kolor wskazywał na celowy zabieg „upiększania”.  Krawędzie powinny być czyste.
"Dobry kawał mięsa"
Filet kurczęcy w czarnym sezamie
Dania główne powinny nas przekonać o klasie restauracji, ale tak nie było. Agnieszka wybrała z karty duszoną wołowinę (36 zł), bo miał to być „dobry kawał mięsa” (tak w menu stoi). Niestety, można o nim powiedzieć jedynie to, że był to kawał z dobrego mięsa. Porcja spora (w przeciwieństwie do innych dań), ale mięso było suche, skłaniało do żucia, a dodatki były niedopracowane. Łupiny ziemniaków były łykowate, ćwikła niewiele różniła się od tych słoikowych, choć zdania były podzielone. Niektórzy ją polubili. Do tego bezpłciowe warzywa. Bez ładu i składu w kwestii palety smaków. Idźmy dalej. Łaszek trafiła najlepiej, bo jej kugel z sosem grzybowym (22 zł) był zrobiony bez zarzutu. Podkradałem tę babkę ziemniaczaną co chwilę.
Czulent
Marcin nie mógł się zdecydować, czy jego filet kurczęcy w czarnym sezamie (25 zł) mu smakował. Mięso nie było odpowiednio soczyste, ale przyprawione sezamem nabrało wyrazistości. Do tego niezła emulsja pietruszkowa i czosnkowe ziemniaki. Egzamin byłby zdany, gdyby nie dodatek fety do sałatki izraelskiej. Jeśli się mylę i tak powinno być – wyprowadźcie mnie z błędu. Poza tym, na tym poziomie (czterogwiazdkowy hotel) powinno być ciekawiej. Najbardziej zadowolony tym razem byłem ja. Czulent jagnięcy sycił i niczego mu nie brakowało. Może kropelki oliwy. Ozdobiony julienne z kwaśnego ogórka i czerwonej cebuli posiadał urok, aż do ostatniego kęsa. Jeśli danie było długo przygotowywane w piecu, jak należy, to nie będę się czepiał. Zwłaszcza, że jako jedyny nie miałem tych czipsów, które prześladują większość dań.
Kugel
W kwestii obsługi mamy zastrzeżenia do proszenia o karty win lub innych alkoholi. Co jest też częstym zjawiskiem w innych lokalach. Do menu taka karta powinna być od razu dostarczona. Poza tym nie zabrano nam kieliszków, z których w ogóle nie korzystaliśmy. Niektóre zupy były jedynie lekko ciepłe, a dania główne nie zostały podane jednocześnie. Pan kelner generalnie był miły i kontaktowy. Co do wystroju, to jak zwykle nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Pastelowe odcienie szarości nie dadzą się zapamiętać na długo. Miłe dla oka były żywe tulipany, choć gdzieniegdzie dogorywające.
Spodziewaliśmy się więcej po tym przedsięwzięciu. W kwestii smaku czuć, że receptury są tradycyjne i sprawdzone, ale nie odtwarza się ich z sercem i należytą starannością (jak np. w Mandragorze). Warto też zadbać o zniwelowanie kuchennych zapachów, bo ubrania nadają się do prania po wizycie w The Olive. Rażą błędy w karcie – gefilte fish jako deser??? . A synergia kuchni staropolskiej z żydowską w nowej aranżacji prosi o przearanżowanie. Trochę za dużo minusów.



Adres: ul. Lubartowska 85, 20-123 Lublin                                                                                                                        
Numer telefonu: 81 748 50 63
Internet: http://hotelilan.pl/, https://www.facebook.com/hotelilan?fref=ts

               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz