29 kwietnia 2014

Bar Polski – o równych i równiejszych

Idąc tam, stwórzcie większą grupę i zróbcie rezerwację. Będziecie mieli większy wybór dań i lepszą obsługę.


Po uwiecznieniu kilku eksponatów dotyczących kulinarnych artefaktów z Bramy Krakowskiej, zrobiliśmy tylko parę kroków, aby coś zjeść. To był plus, bo nie chciało nam się długo szukać. Tak w ogóle, to miała być recenzja pewnych kanapek, ale tego dnia właściciel organizował catering i choć proponował nam pozostanie, mimo oficjalnej nieczynności, to nie chcieliśmy mu zawracać głowy, obiecując za to powrót. Koniec końców, trafiliśmy do Baru Polskiego. Po zejściu do piwnicy ukazała się tablica, na której kredą wypisano „stałe menu”. Pod nimi ustawiono świece, które dopełniły wrażenia miejsca pamięci, raczej ponurego. A stałe menu wcale nie oznacza, że jest dostępne. Chyba, że dla wybranych.
Na początku trudno się połapać. Niektórzy siedzą, inni stoją, a pozostali zamawiają przy kasie. W tej sytuacji instynkt nakazywał Łaszkowi zająć miejsce 

i wysłać mnie na koniec ogonka kolejkowego. Po zdobyciu pierwszeństwa – bardzo pewny siebie – wypaliłem: poproszę kaczkę, polędwiczki, zupę gulaszową, a na przystawkę galaretę.  - Zaraz, zaraz – pohamowała mnie interlokutorka, po drugiej stronie lady. – Co pan chce zamówić? Aha… To chwileczkę – powiedziała i wykonała tajemniczy telefon, przytakując swojemu rozmówcy. Odkładając słuchawkę zawyrokowała:  - Nie ma nic z dań głównych. Kuchnia nie da rady wydać – rzekła, odbierając mi nadzieję. Jednak nie wszystko stracone. Przecież gulaszowa grzała się w kociołku, a przede mną parowały pulpety, a do nich kasza gryczana. Nawet zielenina do nich się znalazła. Odkrywszy to, zamówiłem bezzwłocznie dwa zestawy dnia, w skład których wchodziła też wspomniana gulaszowa i deser (15 zł za zestaw). Galaretę (10 zł) miałem na wyciągnięcie ręki, więc nikt nie wmówiłby mi, że wyszła. Miła Pani nawet pofatygowała się, żeby mi ją podać. Uzbrojony w zagrychę na modłę hipsterską, bo w słoiku,
pozbawioną niestety istotnych dla mnie dodatków, takich jak chleb, cytryna lub chociaż ocet, zgarnąłem sztućce i popędziłem do Łaszka. Nim wszystko jej objaśniłem, znów doskoczyłem do zakątka nieco bardziej kuchennego i nalałem nam trochę zupki. Teraz czułem się bezpiecznie, bo przyniosłem żywność, a zatem gniewu być nie powinno.
Zupa gulaszowa
Ta gulaszowa, to mogłaby być równie dobrze krupnikiem, gdyby podmienić to i owo. Za mało pomidorów, a co gorsze – papryki. Tłuszczu za to nie pożałowano. Wieprzowe mięso pokrojone w kostkę było miękkie, ale to by było na tyle z charakterystyki tej mikstury. Gdyby nazwali ją inaczej, to może byśmy tak się nie czepiali.
Pulpety wieprzowe były najmocniejszym punktem. Dwie duże sztuki, całkiem ładne i okrąglutkie, przyjemnie wilgotne. Sos koperkowy do nich to kolejna porcja kalorii, gęsta, ale pozbawiona koperkowego aromatu, a tym bardziej koloru. Chyba chodziło o wytaplanie kaszy gryczanej, tak, żeby nikt się nie czepiał, że jest za sucha. Taka jednak nie była. Została rozgotowana. Dorzućmy jeszcze kąpiącą się w occie sałatę. Tak kwaśny może być płyn, który dodaje się do sałaty, ale po połączeniu, powinniśmy poczuć równowagę. Tutaj czekała nas zgaga.
Danie dnia: pulpety, kasza gryczana, sałata

Przypomnieliśmy sobie o deserze. Zauważyłem babeczki, ale babki piaskowej już nie, bo stała gdzie indziej. Później wpadła mi w oko. Czyli jest wybór, to miłe, tylko dlaczego wszystkiego trzeba się domyślać, lub o to pytać? Babeczki, które odkryłem były proste, ale smakowite. Kakaowy krem skrywał wisienkę, a te delicje spoczywały na kruchej podstawie z ciasta. Więc kolejny plus. I jeszcze jeden za stosunek wielkości porcji do ceny zestawu.
Dodatnio oceniamy też przystawkową galaretę. Delikatne mięso z nóżek, a do tego troszkę (minimalnie) jajka, marchwi, groszku i natki pietruszki. Wystarczy, by popchnąć nią setę. Chyba powinna ją współtworzyć grzybowa pomada, ale my jej nie stwierdziliśmy.
Galareta
             No dobrze. Wróćmy do nieszczęsnych dań głównych. Jak się okazało, zorganizowana grupa, siedząca nieopodal dostała całkiem nieźle wyglądające talerze, a więc kataklizmów na kuchni nie zanotowano. Chyba jedynie wzmożony ruch. Podejrzewamy, że jedzenie przygotowywane jest w kuchni Czarciej Łapy i dlatego nie wyrabiają się. Tyle, że nas to mało obchodzi.  Wystarczyło powiedzieć, że trzeba zaczekać, np. 30 minut. To normalne. Czekaliśmy nawet na zestaw dnia, bo szybko zniknął, to poczekalibyśmy na inne pozycje ze „stałego menu”. Dodajmy do tego kilka osób z obsługi, które biegały przy stoliku owej tajemniczej, zorganizowanej grupy, dbając o nią. Wniosek jest prosty. Klient z ulicy, to inna kategoria.
Babeczka na deser

Czekając na nasze pulpety pomyślałem o zimnym z pianką. Beczkowym Tyskim (7 zł za 0,4 l). Co zrobić, niech i takie będzie. Trafiłem na zmianę beczki i dowiedziałem się, że dobrze jest mieć doświadczenie w „Chińczyku”, bo wtedy wie się jak zmieniać kega. No proszę. Szkoda tylko, że nalewania nie uczą w restauracji azjatyckiej, ani w tej polskiej. W jednym z artykułów przeczytałem później, że piwo można nalać sobie samemu. Gdybym wiedział…
Wystrój jest łudząco podobny do sąsiedniej knajpki – Stołu i Wołu. Jedna rodzina. Ceglane mury i drewniane meble, a wśród nich - stół socjalny. Mimo wszystko całkiem miło się tam siedzi, zwłaszcza, że ciągle towarzyszy nam ciekawa i różnorodna muzyka. Od Fogga do Mikromusic. My tam jednak chyba nie chcemy wracać, bo znów możemy trafić na jakąś ważniejszą od nas klientelę.


Adres: Rynek 19, 20-004 Lublin
Numer telefonu: 81 532 82 00
Godziny otwarcia: od 12 do 24, a w piątki i soboty do 2
Szef kuchni: Maciej Stankiewicz
Można płacić kartą.
Niedostępna dla ludzi na wózkach.

                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz