Day&Night – o kompromisie



Odmieniona restauracja hotelu Willowa pragnie przyciągnąć klientów indywidualnych. Tylko, czy ich dania mają indywidualny charakter?

Okolica wydaje się być bogata, a więc warto tam walczyć o klienta. Lokalizacja wskazuje też zainteresowanie gośćmi podróżującymi. To wciąż nieoczywiste połączenie grup docelowych. Jeśli dodamy do tego ciekawe wnętrze urządzone ze smakiem, (szarości i brązy na ścianach przełamane jaskrawymi obiciami foteli, do tego obrazy z Galerii Wirydarz i standardy jazzowe wpadające w ucho) to szczerze Wam napiszemy: nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Pewnikiem był jedynie wysoki rachunek, który na szczęście nie my uregulowaliśmy. Wysoki wcale nie oznacza, że przepłacono. Jakość ma swoją cenę.
Zaczęło się od braku przygotowanego stolika, a w drodze było oprócz nas jeszcze 9 osób. Organizatorka i sponsorka – babcia, która świętowała urodziny, podobno potwierdzała dwa razy rezerwację. Obsługa była w dniu imprezy kompletnie zaskoczona. Nie roztrząsając sprawy, sprawnie zabrała się do przygotowań. Co by jednak było, gdyby na sali był komplet gości? Sprawy nie wyjaśniono. My odpuściliśmy, a ekipa restauracji wolała tematu już nie tykać. Zabrakło sprytnego managera, który zadbałby o wizerunek. Przejdźmy do menu.
Rosół z trzech mięs
W karcie mamy porządek i krótką listę dań, co zapowiada świeżość. Zwłaszcza, że kilka pozycji było tego dnia nieobecnych. Menu wyglądało na typowo hotelowe, czyli w skrócie trochę tego i tamtego. Postawiliśmy głównie na polecane hity. Również te winne. Łukasz Kubiak wybrał ciekawe trunki i świetnie je opisał. Taka lektura podoba się nowicjuszom. Spróbowaliśmy tylko portugalskiego Herdade Des Albernoas 2012. Niby stołowe i proste, ale jakże gładkie i rozwijające się w mordkach. Po ogrzaniu, bo początkowo miało za niską temperaturę. No i w dobrej cenie (5 zł za kieliszek). Ale nie na wino przyszliśmy. Czekaliśmy na specjały Łukasza Stalęgi i Marcina Jurka – szefów kuchni. Sala się zapełniała, co niestety wpłynęło znacznie na czas oczekiwania. Poradzono sobie jednak z tym bardzo przyzwoicie. Przy takiej obsadzie (3, a później 4 osoby odpowiadające i za serwis i za bar) nie było to łatwe. Łaszek życzliwie przyjęła rosół z trzech mięs i własnym makaronem (10 zł). Szkoda, że nie zapytano o to, czy woli kluski, czy pierożki. Ładny, głęboki, ciemny, nieco bursztynowy kolor wywaru pokazał fachowość kucharzy. Lekkość zaś skojarzyła się z elegancją. Pełni smaku nie uzyskano, ale i tak chwalimy i polecamy. Ja w tym czasie dobierałem się do palety pasztetów (26 zł).
Paleta pasztetów
Pięknie podane, choć nieco oklapła roszponka i porysowane rzodkiewki popsuły efekt łał. Przetwory mięsne znikały w mgnieniu oka, niekoniecznie w moich ustach. Jednym bardziej smakowało pate, innym smalec. Zwłaszcza mi. Wyzywał słodyczą. Wszystko było dopracowane, o odpowiedniej konsystencji i ciekawych aromatach (np. skórki cytrynowej). Okazuje się, że grudki i włókna mogą się wspaniale obronić. Zaciekawiło nas gorące pieczywo, bo jakby lidlowe… Punkt również za marynaty.
Sandacz
Zerkaliśmy i próbowaliśmy też dań innych współżarłoków. W nich pośpiech wygrywał ze starannością. Kurczak z kostką (33 zł) miejscami był niedopieczony, a penne (24 zł) za twarde. Tłumaczenie, że to sposób gotowania al dente było zabawne. My trafiliśmy lepiej.  Świetny, delikatny sandacz, a do niego por, który w glazurze zyskał nowe, wciągające oblicze. Do tego całkiem miły sos z lazura. Choć danie jako całość jest dopracowane, to brakuje mu nieco odwagi. Może ostrzejszy ser też by się sprawdził? Inni też tak sądzili. Żeby nie było, że tylko ja wymyślam. Co dla Łaszka?

Marynowana świeca wołowa
Największa atrakcja – świeca wołowa (25 zł). Umieszczona w  sałatkach, ale podana jak danie główne. Mięso, na nim ciepłe winogrona (odrobinę zbyt mocno zkardamonione), a obok sałatka. Głównie wymemłana sałata lodowa. Rukola wymieniona w menu też była. Dopiero w ustach, to wszystko łączyło się w całość i nabierało sensu. Na talerzu – przykrość. Bardzo cieszy użycie fragmentu przepony (świeca), która uwodziła delikatnością, choć jej bukiet rozkwitał w kierunku mięsnej, a nawet podrobowej intensywności. Pełna satysfakcja przyszła z deserem.  Piękniejsza część redakcji długo wspominała słodko - kwaśną tartę cytrynową i lody bazyliowe (14 zł). Trochę ciepła i ochłody, kilka tekstur i kontrastujących smaczków i aromatów. Warto zamówić. Szkoda, że uszczerbiona na rancie, ale to tylko kolejny dowód na pośpiech.
Tarta cytrynowa
Co do obsługi, to trzeba ją pochwalić. Może z wyjątkiem sytuacji z makaronem. Męczy też ta sprawa z rezerwacją, zwłaszcza, że widzieliśmy później podobną scenkę. Goście są, a pani przygotowująca stolik siedzi przy nim i rozmawia przez telefon. Ale generalnie – nasz stolik miał szczęście. Pan Jakub zna się na robocie.
Jak pogodzić kuchnię hotelową z kreatywnością skierowaną do poszukiwaczy smaku? Na pewno trzeba sporo odwagi i chęci. Dobrej woli i cierpliwości. Zwłaszcza do gości, których często trzeba poprowadzić, ośmielić i pochwalić za niecodzienne wybory. Standardy można serwować nowocześnie, dodając im nieco szaleństwa. Nie wolno zapominać o tym, że konsument nie wychodzi z taśmy produkcyjnej. Czasami jego uwagi warto sobie zapamiętać. My do wpadnięcia zachęcamy, zwłaszcza na wino. Powinni się dobrze rozwijać.
 


Adres: Sławinkowska 15a, 20-810 Lublin
Telefon: 81 440 88 88
Internet: https://www.facebook.com/hotelwillowa, http://hotelwillowa.pl/restauracja-lublin/
Można płacić kartą
Dostępna dla ludzi na wózkach.

Komentarze