20 marca 2015

Armenia – Polak doceni

Spore porcje w niskich cenach i moc aromatów w każdym daniu to zalety, które doceni każdy. Tylko, żeby człowiek jeszcze wiedział co zamawia…

Pewnego dnia wyjrzałem przez okno, słysząc głośne rozmowy na ulicy. Kilku mężczyzn o rysach niekoniecznie słowiańskich nadzorowało wieszanie szyldu głoszącego:  restauracja Armenia. Od razu zrobiło się ciepło w sercu i żołądku. Zapowiadało się nowe, konkretne, bez ściemniania i wymyślania. Nadzieja sama poprowadziła nogi już drugiego dnia po otwarciu. Oczywiście w towarzystwie, które nie będzie się zachwycać jeszcze przed zamówieniem.
Zupa z czerwonej fasoli
Jedynym minusem wspólnych recenzji jest to, że Łaszek
Tolma
na pewno zamówi to, co i ja bym chciał upolować. Na szczęście karta dań w Armenii jest na tyle pojemna, że obawiałem się jedynie o swoje siły. Zaczęliśmy od zupy z czerwonej fasoli (8 zł). Orzechy włoskie, kolendra, czosnek. Rozpoczęcie obiadu od gorącej zupy z takimi składnikami to gwarancja uspokojenia i obietnica coraz ciekawszych doznań. Nie znaleźliśmy w niej słabego punktu. Połączenie wszystkich pięciu smaków i jej pikantność wynagradza nawet kapryśność pogody, która doprowadza do niepotrzebnych dyskusji o niej. Po zupie otrzymaliśmy tolmę (16 zł). Wcześniej wydawało nam się, że tolma to jedynie gołąbki, ale okazuje się, że również faszerowane warzywa, np. papryka. A może dostaliśmy ją gratis, bo karta przy innych pozycjach uwzględnia takie dodatki. Nie myśląc długo -  pochłonęliśmy natychmiast. Mielonego mięsa z ryżem mieliśmy aż nadto, ale nie
Haszlama cielęca
narzekaliśmy. Lekko kwaskowe liście skrywały hojnie doprawioną wołowinę. Podobne było w papryce. Obstawiamy pieprz, kolendrę (także w ziarnach), pietruszkę i miętę, ale to raczej nie wszystko. Do tego macun, w smaku nieco jak jogurt. Maczaliśmy w nim cieniutki lawasz, który choć bardzo delikatny, sycił nas już dokumentnie, ale nie permanentnie. To uczyniły haszlama cielęca (17 zł) i chinkali (17 zł). Haszlama figuruje w menu jako danie główne i w istocie nim jest, ale można mieć wątpliwości jak się do tego tematu zabrać. O ile duże, idealnie ugotowane ziemniaki i delikatne, mleczne wręcz mięso samo odchodzące od kości można było jeść za pomocą noża i widelca, o tyle spora ilość płynu wskazywała raczej na konieczność posiadania łyżki, której nie było.
Chinkali
Uznaliśmy, że jej nie potrzebujemy. Piło się z miseczki o wiele przyjemniej. Delikatnie cytrynowy rosołek świetnie łączył się z surową cebulą, pomidorami, papryką i ziołami. Z kolei chinkali byłoby dla nas idealne, ale mieliśmy wątpliwości co do grubości ciasta. Te solidne sakiewki, których nadgryzanie i parzenie się płynem wypływającym z wnętrza były naszym celem od dawna.
Sałatka ormiańska
Wołowina wzbogacona była drobno posiekaną marchewką i papryką. Oczywiście dodano  też kolendrę. Tego było już za wiele. Razem z sałatką z grillowanych warzyw (13 zł) zabraliśmy te ormiańskie pierogi do domu. Następnego dnia cieszyły równie mocno. Podobnie jak ormiańska sałatka z bakłażana, pomidora, papryki, cebuli i masła i obowiązkowej kolendry. Do popicia wybraliśmy kawę po ormiańsku (5 zł), mocną, z wyczuwalną nutą karmelową. Szkoda, że nie było zimnych napojów o kaukaskim rodowodzie. Napojów wprowadzających element baśniowy też próżno szukać.
Wizytę w Armenii uznalibyśmy za idealną, gdyby nie obsługa. Nie mamy żadnych pretensji o czas oczekiwania, czy też zamieszanie przy składaniu zamówień, bo przecież odwiedziliśmy ich następnego dnia po otwarciu. Na uporządkowanie wszystkich procesów potrzeba tygodni, jeśli nie miesięcy. Niestety niektórzy goście tego nie rozumieli. Cóż. Takich też trzeba tolerować. Może warto byłoby informować klientów o braku możliwości płatności kartą, bądź dołączać krótki opis potraw, bo zauważyliśmy, że z tym były największe problemy. To na pewno minie za jakiś czas.  Przede wszystkim warto zwiększyć ilość personelu, bo w pojedynkę ciężko jest wszystko ogarnąć na sali. Co prawda właściciel też krążył po lokalu, ale nie angażował się w obsługę, choć znalazł czas na chwilkę rozmowy o daniach z karty. Na kuchni zaś brylowała prawdopodobnie jego żona, która co chwilę wydawała kolejne pyszności, przywołując panią Martę – kelnerkę. Mar – ta! Mar-ta! Taki okrzyk dało się słyszeć najczęściej. Muzyka etniczna była jedynie tłem. Oj, działo się. Nawet najmłodszy restaurator pomagał. Przywitał nas przy stoliku, podając karty. Zajęte stoliki i ogrom pracy powinny mimo wszystko cieszyć.
Z wystroju zapamiętaliśmy głównie zdjęcia przedstawiające obrazy charakterystyczne dla Armenii. Poza tym było  czysto i porządnie, a to najważniejsze.
Niech najlepszym podsumowaniem będzie stwierdzenie, że cieszymy się, że Armenię mam na wyciągnięcie ręki. Mogę podczas każdej przerwy w pracy wpadać tam, a Łaszek może zapomnieć o gotowaniu w domu, gdy wracam późnym wieczorem. Nie zapominamy o aspekcie konkurencji. Jeśli w Armenii ciągle będzie tak smacznie, to do baru Anuszik nie będzie nam po drodze, oj nie będzie…  A mięcho z sosami, gęste zupy i konkretne przyprawianie to coś, co jest bliskie naszemu narodowi w kwestiach kulinarnych. Dlatego wróżymy sukces.

Adres: Narutowicza 27
Godziny otwarcia:
Poniedziałek – piątek: 11:00 – 23:00
Sobota: 11:00 – 24:00
niedziela: 11:00 – 21:00
Nie można płacić kartą

Niedostępna dla ludzi na wózkach

3 komentarze:

  1. Jest juz możliwość płacenia kartą:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uwielbiam armeńskie jedzenie. Gorąco polecam, aromat nie do zastąpienia.

    OdpowiedzUsuń
  3. bylem :) skusilo mnie chinkali ktore uwielbiam. jest nieco inne niz to w radomiu w matrioszce (kuchnia gruzinska) troche za duze jak dla mnie , ciezko je zlapac i zjesc rekami, a jesli ktos uzywa sztucow to caly bulion wyplywa i traci to sens.. smak troche inny niz guzinskie ale smak mnie nie zawiodl

    OdpowiedzUsuń