15 marca 2015

G20 – pinczosy i czinosy

Podobno czinosy to spodniowy mast hew. Czy nowy, a pierwszy konkretny tapas bar w Lublinie stanie się hot plejsem?

Spokojnie, nie będzie modowo. Po prostu piszący tekst posiadł podobno trendi portki, a skojarzenie z hiszpańskimi kanapkami jest nieco przypadkowe, lekko fonetyczne. Tak więc poszliśmy w dżezzi rejony z klimatem i dokonaliśmy oblężenia nowej knajpeczki. Prawda, że ciężko czytać te okropne wtrącenia? Kontynuujmy po naszemu. Nie ukrywamy, że czekaliśmy na otwarcie. Podobno takowe miało miejsce już kilka miesięcy temu, ale to tylko chwilowy zryw związany z pewną imprezą. Start na serio miał miejsce niecałe trzy tygodnie temu, więc odczekaliśmy, dając odrobinę  czasu na okrzepnięcie i wpadliśmy wczoraj.
Pintxos
Maczugi z kurczaka
Jest z czego wybierać. Dobraliśmy się do tytułowych pintxos z grillowanymi kalmarami, pastą paprykową, rukolą i chilli (16 zł) i nie zawiedliśmy się suchym pieczywem, czy gumowym morskim stworem. Mięso stawiało tylko lekki opór, który po chwili zanikał, dając się porwać konkretowi czerwonego smarowidła. Jeszcze odrobina rukolowej zieleni w towarzystwie kilku plasterków chilli (zbyt łagodnej) i jest dobry wstęp, na przykład do kolejnych przekąsek, zwłaszcza „Maczug z kurczaka” (16 zł), które wybijały się orzechowo-makową panierką. Aioli jest im niepotrzebny, ale czosnkowa nuta w tej kompozycji też jest miła. Jest i słodycz i gorycz, lekka pikanteria, broń Boże, nie fanaberia. To uczciwie kąski, które dopracowano i wyposażono w moc pozyskiwania chęci na więcej. Kontynuowaliśmy zatem. Kuftą (19 zł). Soczysta, jeszcze lekko różowa, kolendrowa wołowina została zawinięta w boczek, zaserwowana na chrupiącej bułeczce, która gościła jeszcze bezczelnie smacznego pora - ugrillowanego tak, że nabrał słodyczy, a co więcej – sos lutenicę z papryką, marchewką, pieczarką. Znów przewijała się rukola. Oj, coś za dużo jej ostatnio u nas. Danie choć wciągające, to jednak po cichu dość tłuste, na co narzekała łaszkowa część komisji degustacyjnej. Nie do końca zadowolona też była z tarty malinowej (12 zł), która była ciastem dnia.
Kufta
Owszem, malinowej delicji w niej moc, ale mdły serek chwilami otumaniał. Ale skoro to pozycja chwilowa, zmienna, to ma prawo być nieidealna. Plus za ruchome menu, bo to dowód na głowę pełną pomysłów, noszoną przez Miguela Angela Gonzaleza Bravo – Szefa Kuchni, który poznawał lubelski rynek w Caffe Trybunalska i Carmen. Oczywiście możecie zamówić grubszy temat – choćby paellę. Gdybyście chcieli zaszaleć, to wypróbujcie iberyjską wieprzowinę z dodatkami – za jedynie 8 dyszek. Brzmi odstraszająco, ale tamtejsze świnki mają renomę i walory większe niż cały polski szołbiznes.
Tarta malinowa
Do picia wybraliśmy piwo Brackie, bo to była najciekawsza pozycja w menu, ale obsługujący nas Pan stwierdził brak tego trunku, proponując w zamian Żywca w różnych konfiguracjach. Lekko przerażeni zapytaliśmy o wino, które powinno być w tego typu miejscu równie ważne, co kuchnia. Okazało się, że mają ten towar. Nawet dostaliśmy świeżo wydrukowaną kartę z posiadanymi przez G20 butelkami. Wybór nie jest oszałamiający, ale to nie problem. Gorzej, że na kieliszki sprzedawane są jedynie dwie propozycje, na osłodę w bardzo fajnych cenach. Generalnie powinni bardziej nakłaniać do napoju bogów. Obie próbki miały wady i zalety. Mezzacorona Terre del Noce Pinot Grigio Vigneti delle Dolomiti IGT (8 zł) cieszyło świeżością i kwiatem, ale finisz był nieco tępy. Terrai OVG Old Vine Garnacha Carinena DO (8 zł) ucieszyło mocnym leśnym owocem, ale kolejne łyki były dominowane przez przyprawy i coś jakby drewno. Beczka beczką, ale mi to przeszkadzało. Ciekawi jesteśmy Waszych wrażeń.
Wystrój jest raczej surowy, bo widać kamień, wszędobylskie drewno i ciemne barwy. Delikatne światło i świeże kwiaty nieśmiało ocieplają wnętrze, ale temperamentu szukajcie raczej na talerzach. Obsługa była szybka (innych gości brak), kontaktowa i grzeczna. Witali i żegnali wszyscy łącznie z Szefem Kuchni i chyba menedżerem. To czar bycia w centrum uwagi. Wiadomo, że są jeszcze niedociągnięcia, ale to początki, wdrażają się. 
Nie wiemy, czy traktować G20 jako restaurację hotelową, ale lokal ten na pewno powiązany jest z obiektem Grodzka 20. Drugiej takiej „stołówki” hotelowej nie znajdziecie. W ogóle próżno szukać takiego miejsca. Jest świeże, ale nie ze względu na nowe podłogi lub meble. Jest smacznie, lekko, intrygująco, ale bez ściemy (kuchnia jest do podglądnięcia) i ma się ochotę na więcej. W Lublinie wciąż brakuje restauracji innych niż wszystkie. Chyba właśnie tak można określić G20. Must eat! Bez chinos’ów też.

Szef Kuchni: Miguel Angel Gonzalez Bravo
Adres: Grodzka 20
Telefon: 81 524 11 02
Godziny otwarcia:
pon.: zamknięte
wt. – czw.: 17:00-23:00
pt.: 17:00-2:00
son.: 12:00-02:00
niedz.: 12:00-21:00
Można płacić kartą
Niedostępna dla ludzi na wózkach



1 komentarz:

  1. Jedzenie jest rzeczywiście dobre. Przyzwoity wybór win, ale obsługa pod psem: wystraszone dzieciaki zupełnie bez przeszkolenia. Ten styl serwisu jest niestety normą również w "Szewcu" i "Trybunalskiej". Bardzo szkoda...

    OdpowiedzUsuń