15 marca 2016

Eat&Go – przed każdym kursem MPK



Takie knajpki powinny powstać przy wszystkich głównych drogach w mieście.


            Słońce świeci, ale nam zimno. Jeść się chce, ale tak normalnie, żeby szybko, smacznie i na luzie było. Bez wertowania kolejnych stron menu i zastanawiania się, czy kurczak na pewno zagrodowy. Przy okazji recenzji Thai Story odezwał się do nas Pan Michał, niestrudzony poszukiwacz pierożków smażonych na azjatycką modłę i stwierdził, że oto znalazł – w Eat and Go, a także, że chyba warto tam zajrzeć. No to zajrzeliśmy i od progu powitała nas uśmiechnięta ekipa złożona z kucharza i jego pomocnicy, która widząc naszą wydumaną konsternację spowodowaną wyborem idealnego miejsca (miejsc siedzących – może z dziesięć na przestrzeni bliskiej kioskowi z gazetami), zaproponowała przemeblowanie – nieważnie jakie, byle nam odpowiadało. To miłe. Zajęliśmy jednak grzecznie miejsca pod oknem, grzejąc się promieniami słońca wpadającymi przez dużą  szybę i obserwując życie pasażerów komunikacji miejskiej, również niestety tych ze spadającymi spodniami.
           
Ramen
Jedzenie wybieramy z menu wypisanego kredą na ścianie,
Won Ton
jest zwięźle i czytelnie. Każda zupa w wersji mniejszej lub większej, ale też odpowiednio droższej. Kucharz służył radą, polecał sosy i zalecał spróbowanie wszystkiego. Zaczęliśmy od ramenu z kaczką - 16 zł za duży (bo ramen to obecnie trend, którego nie sposób nie lubić) i od zupy won-ton (mała za 8 zł). Ceny są niskie, ale rzetelnie skrojone. Wypasione rameny w cenie ok. 30-40 złotych nie sprawdziłyby się w tych realiach, a zjedzenie gorącej, sporej zupy złożonej ze średnio intensywnego bulionu z dodatkiem stawiającego lekki opór makaronu, delikatnych plasterków kaczego mięsa, kiełków fasoli, posiekanej marchewki, selera naciowego, prażonej cebulki i chrupiącej prażynki, dosmaczonej polecanymi ostrymi sosami, budzącymi już prawie lekki paraliż okolic gębowych, to idealne dogrzanie mroźnego powietrza, które jeszcze szumiało w uszach po spacerze. Rzepa też była. Łaszek może nie była tak zachwyconą swoją zupą, ale won tony miały delikatne, miękkie, choć wciąż sprężyste ciasto i niezłe, wieprzowe nadzienie, raczej standardowe, bez egzotycznych odskoków. Bulion był dość słony, ale w granicach akceptacji, bo nie przeszkadzał reszcie składników, które były identyczne jak w ramenie, z wyjątkiem makaronu.
           
Pad Thai z krewetkami
Na tzw. drugie piękniejsza część jedzących wybrała pad
Curry z kurczakiem
thai z krewetkami (19 zł), który okazał się zdecydowanie za słodki (a to jeszcze nie był czas na deser) i w naszej ocenie zbyt hojnie obdarzony sosem, który nie zdążył poprzytulać się z dość mdłymi krewetkami. Lepiej wypadło czerwone curry z kurczakiem (16 zł). Zdziwiła mała ilość płynu, co nie jest charakterystyczne kuchni tajskiej, ale jego smak nam się spodobał. Pasta curry była odpowiednio zbalansowana mleczkiem kokosowym. Warzywa (m.in. cebula, papryka, cukinia) były wciąż "świeżochrupkie", a kurczak urzekająco soczysty. Liście limonki i trawa cytrynowa też się znalazły. Do tego kleisty, dosmaczony ryż i surówka, której dodalibyśmy nieco więcej wszystkich przeciwstawnych smaków, ale w sumie jest to mocny punkt menu.
            Na koniec jeszcze rozmowa ze szczerze zainteresowanym naszą wizytą kucharzem, który chciał znać plusy i minusy, a także podzielić się radością z okazji zbliżających się świąt jajecznych. Przy okazji – właśnie jajka zabrakło nam w ramenie (jajka to potęga). Jednak biorąc pod uwagę ogólne wrażenia smakowe, ceny i przyjemną atmosferę, to polecamy, mając nadzieję, że na każdym szlaku znajdzie się tak przyjemny adres.

P.S. Dla mniej wybrednych: Kebaba też mają.

Adres: Aleje Racławickie 21
Telefon: 537 503 992
Godziny otwarcia: pon.-piątek od 10 do 00, w sobotę od 12 do 00, w niedzielę od 14 do 22

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz