22 kwietnia 2016

Kieliszki na Próżnej – przy okazji Restaurant Week



Warszawa ma swoje wady, ale trzeba jej przyznać, patrząc lubelskim okiem, że liczba i zagęszczenie ciekawych knajpek jest imponująca.


Planowaliśmy wyjazd w sprawie kilku kreacji, których dostanie na prowincji jest niemożliwe.
W ostatniej chwili stwierdziliśmy, że nie samym biletem PKP człowiek żyje. Na gwałt szukaliśmy stołeczno-gastronomicznych adresów, zapisując je gdzie się da: w telefonie, na czole i na kartce, którą i tak zostawiliśmy (znacie to?). Wizytę w mieście marszów rozpoczęliśmy od kawiarni, której nie polecamy (jakieś Green Nero?). Kanapki ujdą, nawet dobre, bo pieczywo chrupiące, rostbef soczysty, ale obsługa z szeregu pod tytułem: jesteśmy tacy fajni, zamiast od „ dzień dobry”, zaczyna kontakt z klientem od „co tak państwo stoją, natchnienia szukacie”?, po czym przestaje ogarniać zamówienia, o które później trzeba się upominać. Po śniadaniu popędziliśmy załatwiać sprawy powierzchowne. Po nich przyszedł czas na obiad. Wcześniej zdecydowaliśmy, że odwiedzimy Pogromców Meatów, ale pojawiła się rozterka – znów kanapki? Bijąc się z ozorkowymi, policzkowymi i rekomendacyjnymi myślami (chwalił Nowak, chwaliła Restaurantica), ugięliśmy się pod zmianą menu, odgrażając się, że jeszcze Pogromców zjemy. Poszliśmy do parku, już wiedząc, że zjemy w drugim lokalu z listy – Kieliszkach na Próżnej. Mają otwarte od 12 – stąd ten park. Punkt dwunasta – zamknięte. Pięć po dwunastej – zamknięte. Już chcieliśmy wywołać manifestację, zwłaszcza, że pojawiali się kolejni goście. W końcu – weszliśmy. Miłe powitanie, bezproblemowe połączenie stolików – byliśmy ze wsparciem (dzięki nam Mateusz przeżył „najdroższą kaszankę w życiu”)  - i szybka lektura na szczęście krótkiego menu.
Krem ziemniaczany na zakwasie
Pierwsze co rzuciło się w oczy, to sprzedawanie wszystkich win na kieliszki – brawo. Dzięki temu nie jesteśmy skazani na wino, którego ktoś chce się pozbyć lub wie lepiej, co gościom smakuje. Drugie, co się rzuciło w oczy – choć może przesadzamy – to brak dań ze średniej półki cenowej. Mamy propozycje na każdą kieszeń albo takie, które obok tych pierwszych nieco odstraszają.
Łaszek czuła na żołądku jeszcze śniadania kawiarniane więc poprzestała na kremie ziemniaczanym na zakwasie (19 zł). Ziemistość kartofelka łamiąca kwas to celne połączenie. Do tego poszanowane, chrupiące warzywa  i od razu przeczuliśmy, że technicznie nie będzie można niczego zarzucić tutejszej kuchni. Czy na pewno?
Osiemnastodniowe rzodkiewki
Postanowiłem przejechać się po przystawkach - „talerzykach,
Świńskie uszy
które są odpowiedzią na tapas” - wytłumaczył kelner. Świńskie uszy chrupały w głowie jeszcze długo, przynosząc na język posmak anyżu, którym wzbogacono wieprzowinę. To nie było takie zwykłe chrupanie. Była w nim odrobina sprężystości, która każe sięgać po więcej, by sprawdzić jak będzie smakował kolejny kawałek (12 zł). Tylko po co do tego „sos paprykowy”:, który smakował jak wzbogacony papryką keczup? Zrobiło się dziwnie, ale miałem już pod ręką sos z wędzonych szprotek (genialny), co ratowało sytuację. Ten szprotkowy twór był dedykowany osiemnastodniowym rzodkiewkom (14 zł), których chrupanie nawet z liśćmi było świeżą i odżywczą czynnością. Ubzdurałem sobie, że rzodkiewka powinna być marynowana, a nie była. Taka podawana jest chyba do głowizny, ale jej nie chciałem (czemu? Nie wiem). Wniosek jest taki, że rzodkiewki ze szprotkami – super, ale tym rzodkiewkom brakowało restauracyjnego ducha.
Krokiety z dorszem
Czego nie można powiedzieć o dopracowanych krokietach z dorszem (16 zł). Ich stawiająca tylko lekki opór, ale solidna w strukturze panierka kryła w sobie niemal półpłynne, rybne wnętrze. Do tego aioli i byłem kupiony. Co tam aioli. Znów królował sos ze szprotek. Jeszcze tylko zatopienie
Jesiotr z kaszanką
widelca w daniu głównym – jesiotrze z kaszanką domowej roboty i z jajkiem (52 zł) i wiedzieliśmy, że brodacz w kuchennym fartuchu (Mateusz Karkoszka) rządzi na dzielni. Prężąca się ryba z lekko chrupiącym wierzchem z gracją dzieliła talerz z dosmaczoną kaszanką (w Kieliszkach nikt nie rozmawia o tym, czy można dorzucić trochę soli lub następnym razem odjąć nieco pieprzu – wszystko jest jasne) pozbawioną jelita i rozłożoną na charakterny, podrobowy placek. Do tego jajko, którego rozlane żółtko zaokrągliło tę z pozoru dziwną parę i nie było więcej pytań, a tylko kiwanie przyjaciela, który niechętnie pozbył się wizerunku Kazimierza Wielkiego z portfela.

Minusy? Czemu nikt nas nie nakręcał na wino? Fakt – było południe, a przed nami jeszcze wiele wrażeń niekoniecznie kulinarnych, ale czujemy, że buteleczka mogłaby pęknąć. Być może to za sprawą rezerwacji w ramach Restaurant Week. Przyszliśmy pierwsi, a zjedliśmy jako ostatni. To nie problem. Jak akcja, to akcja. Dziwna akcja. W Lublinie na pewno nie brały udziału w niej  „najlepsze restauracje” (może jedną, dwie byśmy polecili z czystym sumieniem) – a tak głosiło hasło, m.in. dlatego nie chcieliśmy zostać ambasadorami akcji. Kontakt z organizatorami też był nieco dziwny. Pewnie wszystkich blogerów traktują jednakowo – na zasadzie „cieszcie się, że w ogóle z wami gadamy”. Jak widzicie – w Kieliszkach próżno szukać minusów. Nieformalny wystrój z interesującymi ozdobami na ścianie (szczęśliwa Łaszek znalazła żabę), wyrażający się w drewnie, wygodnych, eleganckich kanapach i geometrycznych ozdobach był zakłócony jedynie przez półmrok. Nie lubimy go. Obsługa była profesjonalna, ale niezbyt aktywna. W sumie -  bez zarzutu. A więc jak na wino i jedzenie w Warszawie – walcie na Próżną.

Adres: Próżna 12, Warszawa
Godziny otwarcia: pon.-śr.: 12-22, czw.-sob.: 12-23, niedz.:13-19
Szef kuchni: Mateusz Karkoszka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz