23 września 2016

Zajazd Marta – grzanki ze stołu, ale dziczyzna dobra



Kto tam nie był? Kto tam nie zachwalał? Legendarne miejsce.

Wzrósł nasz level mobilności, a zatem częściej poniuchamy i tu i tam. Tym razem wywiało nas do Pułankowic, które od dawna były na liście życzeń.  A to sprawą zajazdu, który smakiem urzekał persony pokroju m.in. Makłowicza i Bikonta. Zawsze jest pewien niepokój przy badaniu takich miejsc. Bo przecież skoro im smakowało, to musi być dobrze, nie ma innej opcji. A może coś się zmieniło? Przecież restauracje powinno sprawdzać się codziennie. Na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą tatę, który generalnie ma daleko w poważaniu każdą restauracje, która nie serwuje wołowiny lub dziczyzny.
O ile budynek z zewnątrz jest bardzo zadbany, to w środku brakuje mu przytulności, odświeżenia i po prostu charakteru. Być może dostępne są jakieś klimatyczne sale, ale sami ich nie stwierdziliśmy, a obsługa też o nich nie informowała. W połączeniu z brakiem muzyki dawało to wszystko efekt salonowej poczekalni. Dobrze, że nie brakowało tematów do rozmowy. Bitwa pod Kurskiem potrafi rozbudzić emocje.
Kompot
Zaczęło się w zasadzie od deseru, a to za sprawą kompotu (8 zł), który był pełen orzeźwiającego płynu i wielu owoców: agrestu, jabłek i wiśni. Dla mnie było blisko ideału – tylko lekka przewaga słodyczy nad kwasowością, mała ilość przypraw. Łaszek już taka zachwycona nie była. Jej mama chyba częściej gotowała kompociki, które pozwoliły na uzbieraniu większego doświadczenia w tej materii.
Wśród zup, biorąc pod uwagę leśno-myśliwskie konotacje menu,
Krem borowikowy
uwagę zwrócił krem z borowików (16 zł). Prawdziwkowy charakter niestety walczył z przyprawami, które miały podrasować krem. W ustach było za słono i zbyt piekąco w trakcie jedzenia. Podejrzane. A do tego zaserwowano grzanki ze stołu. Pani kelnerka nie miała tego dnia ręki do pieczywa. Rozsypała je, a następnie, jak gdyby nigdy nic, poskładała i podała. Ech. Nie można było chociaż przejść się do kuchni i udać, że grzanki zrobiło się jeszcze raz? W ogóle było kiepsko z obsługą, która jedynie nadrabiała usmiechem.
Udziec z sarny
Olać kremy i kompoty. Czas na zwierza. Udziec z sarny (60 zł) rozwiał wszelkie wątpliwości co tego, jakie mięso jest typowo polskie. Ten znak znamy, kochamy i powinniśmy go promować. W Zajeździe Marta wiedzą, jak się z nim obchodzić. Makłowicz jednak nadal ma rację. Czepić się można jedynie uwielbienia dla soli, ale delikatność mięsa, które rozpada się na pojedyncze włókna pod widelcem, w połączeniu w sosem powstałym z mięsnych soków i tłuszczu, również tego, którym udziec był szpikowany (słonina) to kierunkowskaz dla tych, którzy szukają kulinarnego dziedzictwa. Nie przesadzamy. Te wszystkie czosnki, jałowce, liście laurowe – niby nic, a jednak budzą sarnę do najwyższych lotów. Podobno sekretem jest mrożenie marynowanego mięsa. Cena nie bolałaby, gdyby nie zostało podbita dodatkami. Młode ziemniaki – ot, takie zwyczajne, niezłe (6 zł), zestaw surówek (12 zł) i zrobiło się „jakby luksusowo”. Wyboru raczej brak. Sezonowość jest słabym punktem „Marty”.
Sola
Łaszek trafiła gorzej, ale sama jest sobie winna, bo zapragnęła ryby. Sola (19 zł) była utopiona w maśle, co brzmi tak grzesznie, że aż radośnie, ale niestety smak ryby przez to ginął. Plus za zwarte mięso i niezłą soczystość. Ale suche i mączyste kluski śląskie (7 zł) to fuszerka. I znów surówka( czerwona kapusta za 6 złotówek),  bo lepsza ona niż bukiet warzyw mrożonych.
Filet z jelenia
Tata jadł swój filet z jelenia (46 zł) po cichutku, ale w końcu przemówił samymi superlatywami – nie potrzebowaliśmy dodatkowej weryfikacji.
            Słyszeliśmy, że mikrofalówka chodzi na wysokich obrotach, ale prawda jest taka, że dziczyzna w Pułankowicach nadal jest świetna. Menu się nie zmienia więc po prostu są wytrenowani. Przydałoby się jednak coś więcej. Ciekawsze dodatki, profesjonalni kelnerzy i bardziej gościnny nastrój. Zamykanie się w legendzie grozi też zamknięciem się na rozwój.  Jeśli brakuje rozwoju, to następuje cofanie. Póki co – spróbujcie ich dziczyzny – resztę omińcie, może z wyjątkiem kompotu. Zwłaszcza, że dobieranie płatnych dodatków jest denerwujące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz