Szczupak Lublin – przygoda z PGE – Prąd, Gotowanie, Ewakuacja



Nawet najlepsza kuchnia nie udźwignie restauracji, w której kuleje obsługa i zarządzanie salą.

Na otwarcie „Szczupaka lub Lina” (nawiązują w menu do tej legendy o nazwie miasta) czekaliśmy dobrych kilka miesięcy. Brakuje u nas restauracji tematycznych, wyspecjalizowanych, które czekają na wymagającego gościa. Udając się w niedzielne popołudnie na zwiad, przeczuwaliśmy jednak, że mogą mieć problemy. Drugiego dnia po otwarciu nie wymaga się jeszcze perfekcji, choć krytyk Michelina, który jako pierwszy dobrze ocenił Atelier Amaro i  przyszedł w pierwszym tygodniu działania restauracji i usłyszał od Pana Wojciecha: „Dwadzieścia lat czekałem”. No ale z czym mu tu w ogóle wyjeżdżamy…

Niczym Don Pedro

Chodzi o to, że po wejściu do restauracji (pełnej, z tylko jednym wolnym stolikiem) zastaliśmy ciemność. Jednak po wprowadzeniu nas na wyższy pokład, bo mają dwie kondygnacje, wszystko wyglądało normalnie. Po kilkunastu minutach zorientowaliśmy się jednak, że nikt nie je. Awaria. No właśnie. Co w takiej sytuacji powinno się robić? Ekipa w Szczupaku postanowiła milczeć. Następnie kelnerki grzecznie uspokajały, po czym same biedne już nie wiedziały co począć i miały ochotę zapaść się pod ziemię. Menedżerzy (właściciele?) krążyli jak Don Pedro – szpieg z Krainy Deszczowców. W końcu przemówili, gdy czekaliśmy na zamówienie już około 45 minut, a nie byliśmy najbardziej poszkodowani. Komunikat był mniej więcej taki: Mieliśmy awarię prądu, ale to nie nasza wina, tylko PGE, rozumiemy, że Państwo czekają, już zaraz wszystko powinno być w porządku. To w porządku. Dowiedzieliśmy się też, że: tak, to największy ból, jak ktoś otrzyma zamówione jedzenie wcześniej, a przyszedł najpóźniej. Po czym kelnerki znów przemykały, odpowiadały półsłówkami, tłumaczyły się i trzęsącymi dłońmi ratowały szklanki lecące z tac.
Nieco wcześniej, kilka osób już nie wytrzymało i postanowiło wyjść, ale i porozmawiać z menedżerem. Po kilkunastu minutach pojawił się inny Pan, który przynajmniej przeprosił i nawet proponował rabaty, czy też w ogóle obiad gratis. Czyli w kwestii podejścia do gości jednak było światełko w tunelu.

Chce się zjeść

Flaki z lina
Cóż. Gdy minęło półtorej godziny i zostaliśmy niemal sami, nie
Chleb piwny własnej produkcji
wytrzymaliśmy. Łaszek na diecie to tykająca bomba, a jeśli nie może zjeść o czasie – piekło murowane, w proces chciała iść. Obiecano, że za dziesięć minut dania się pojawią. Z małym poślizgiem, ale udało się. Zjedliśmy dobrego lina (35 zł) i szczupaka (39 zł) i smaczne flaki z lina (14 zł). Przeczucie nas nie myliło. Szef kuchni Sławomir Piwowarski dobrze ułożył menu oraz interesująco skompletował dania. Zawęził target do ryb słodkowodnych, które podobno przyjeżdżają do restauracji jeszcze żywe. Jakby ktoś się uparł, to i świnka z krówką się znajdą, a nawet makaron, ale dajmy temu spokój. Co do szczegółów – flaczki przypominały nieco krupnik, miały domowy charakter, były odpowiednio zagęszczone śmietaną i maką. Mięso rybie przyjemnie jędrne, a chleb towarzyszący zupie (chyba piwny) dobry nawet na sucho. Chcieliśmy więcej. Ryby z dań głównych były odrobinkę za suche, ale zrzucamy to na powstałe zamieszanie. Nie przeszkadza nam to w pochwaleniu ich. Warto pomyśleć nad dodatkami.
Lin
Marynowany burak lub cukinia to trafione urozmaicenia. Kasza
Szczupak
bulgur do lina – świetnie doprawiona, żywa i nieprzegotowana. Jednak już marchewka (lin) i pieczone warzywa towarzyszące szczupakowi kojarzyły się z pierzynką do ryby „po grecku”. Da się na pewno zrobić coś weselszego. Sos z szyjek rakowych to kupka duszonej cebuli z rakowymi szyjkami – pomysł dobry, ale wyszło topornie. Panierowane ziemniaki – strzał w dziesiątkę. Puree kalafiorowe dobre, ale chłodne.

Tu nie o winę chodzi

Pod koniec znów pojawił się menedżer, który kontynuował narrację pod tytułem: „To nie nasza wina”. Mieliśmy już ochotę wziąć winę na siebie. Finalnie, chyba jednak coś zrozumiał, sam stwierdził, że komunikacja leżała, a i organizacja pozostawia wiele do życzenia. Podobno gościom należą się czekadełka – my akurat na nie chyba nie zasłużyliśmy. Z resztą nie tylko my. Nie wiemy, co będzie dalej, bo kelnerki puszczone „na żywioł” odgrażały się, że już nie wrócą. Może, gdy menedżerzy pobiegają z tacami i zaczną się co chwilę tłumaczyć, zrozumieją, że przy stołach nie siedzą petenci, a goście. My na pewno wrócimy, bo kuchnia jest smaczna. Najwyżej sami będziemy robić za „napęd do tacy”.

Adres: Peowiaków 7
Telefon: 601 062 360
Godziny otwarcia: 13-23, w piątki do 2, w soboty: 17-2
Szef kuchni: Sławomir Piwowarski

Komentarze

  1. Jeszcze nie byłem w restauracji ale mam zamiar spróbować ich kuchni. Co byście zrobili gdyby pierwszego dnia funkcjonowania Waszej restauracji zabrakło prądu przy pełnej sali gości ? Może to ich wina a może PGE ale z pewnością właściciel(e) mają pecha, nie skreślałbym ich z tego powodu tym bardziej, że szef kuchni nie zawiódł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie skreślamy. Na pewno wrócimy, co obiecaliśmy menedżerowi. Co byśmy zrobili? Na początku od razu poinformowali wszystkich o zaistniałej sytuacji, przeprosili i poprosili o decyzję, czy goście chcą czekać (może 5 minut, może 2 godziny - przecież trudno to przewidzieć, ale to zrozumiałe). Jeśli ktoś by zgodził się czekać długo, może zaserwowalibyśmy po kieliszku wina lub zaproponowali rabat. Gorsze rzeczy przeżywaliśmy, ale z wielu sytuacji kryzysowych można wyjść obronną ręką. Do zobaczenia w Szczupaku :)

      Usuń

Prześlij komentarz