Spore porcje w niskich cenach i
moc aromatów w każdym daniu to zalety, które doceni każdy. Tylko, żeby człowiek jeszcze wiedział co
zamawia…
Pewnego dnia wyjrzałem przez okno, słysząc głośne
rozmowy na ulicy. Kilku mężczyzn o rysach niekoniecznie słowiańskich
nadzorowało wieszanie szyldu głoszącego: restauracja Armenia. Od razu zrobiło się
ciepło w sercu i żołądku. Zapowiadało się nowe, konkretne, bez ściemniania
i wymyślania. Nadzieja sama poprowadziła nogi już drugiego dnia po
otwarciu. Oczywiście w towarzystwie, które nie będzie się zachwycać
jeszcze przed zamówieniem.
![]() |
Zupa z czerwonej fasoli |
Jedynym minusem wspólnych recenzji jest to, że
Łaszek
![]() |
Tolma |
na pewno zamówi to, co i ja bym chciał upolować. Na szczęście karta dań
w Armenii jest na tyle pojemna, że obawiałem się jedynie o swoje siły.
Zaczęliśmy od zupy z czerwonej fasoli (8 zł). Orzechy włoskie, kolendra, czosnek.
Rozpoczęcie obiadu od gorącej zupy z takimi składnikami to gwarancja
uspokojenia i obietnica coraz ciekawszych doznań. Nie znaleźliśmy w niej
słabego punktu. Połączenie wszystkich pięciu smaków i jej pikantność wynagradza
nawet kapryśność pogody, która doprowadza do niepotrzebnych dyskusji o niej. Po
zupie otrzymaliśmy tolmę (16 zł). Wcześniej wydawało nam się, że tolma to
jedynie gołąbki, ale okazuje się, że również faszerowane warzywa, np. papryka. A
może dostaliśmy ją gratis, bo karta przy innych pozycjach uwzględnia takie
dodatki. Nie myśląc długo - pochłonęliśmy
natychmiast. Mielonego mięsa z ryżem mieliśmy aż nadto, ale nie
![]() |
Haszlama cielęca |
narzekaliśmy. Lekko kwaskowe liście skrywały hojnie doprawioną wołowinę. Podobne
było w papryce. Obstawiamy pieprz, kolendrę (także w ziarnach), pietruszkę
i miętę, ale to raczej nie wszystko. Do tego macun, w smaku nieco jak
jogurt. Maczaliśmy w nim cieniutki lawasz, który choć bardzo delikatny, sycił
nas już dokumentnie, ale nie permanentnie. To uczyniły haszlama cielęca (17 zł)
i chinkali (17 zł). Haszlama figuruje w menu jako danie główne i w istocie
nim jest, ale można mieć wątpliwości jak się do tego tematu zabrać. O ile duże,
idealnie ugotowane ziemniaki i delikatne, mleczne wręcz mięso samo odchodzące
od kości można było jeść za pomocą noża i widelca, o tyle spora ilość płynu
wskazywała raczej na konieczność posiadania łyżki, której nie było.
![]() |
Chinkali |
Uznaliśmy,
że jej nie potrzebujemy. Piło się z miseczki o wiele przyjemniej. Delikatnie cytrynowy
rosołek świetnie łączył się z surową cebulą, pomidorami, papryką i ziołami. Z
kolei chinkali byłoby dla nas idealne, ale mieliśmy wątpliwości co do grubości
ciasta. Te solidne sakiewki, których nadgryzanie i parzenie się płynem
wypływającym z wnętrza były naszym celem od dawna.
![]() |
Sałatka ormiańska |
Wołowina wzbogacona była
drobno posiekaną marchewką i papryką. Oczywiście dodano też kolendrę. Tego było już za wiele. Razem z
sałatką z grillowanych warzyw (13 zł) zabraliśmy te ormiańskie pierogi do domu.
Następnego dnia cieszyły równie mocno. Podobnie jak ormiańska sałatka z
bakłażana, pomidora, papryki, cebuli i masła i obowiązkowej kolendry. Do popicia
wybraliśmy kawę po ormiańsku (5 zł), mocną, z wyczuwalną nutą karmelową. Szkoda,
że nie było zimnych napojów o kaukaskim rodowodzie. Napojów
wprowadzających element baśniowy też próżno szukać.
Wizytę w Armenii uznalibyśmy za idealną, gdyby nie
obsługa. Nie mamy żadnych pretensji o czas oczekiwania, czy też
zamieszanie przy składaniu zamówień, bo przecież odwiedziliśmy ich następnego
dnia po otwarciu. Na uporządkowanie wszystkich procesów potrzeba tygodni, jeśli
nie miesięcy. Niestety niektórzy goście tego nie rozumieli. Cóż. Takich też
trzeba tolerować. Może warto byłoby informować klientów o braku możliwości
płatności kartą, bądź dołączać krótki opis potraw, bo zauważyliśmy, że z tym
były największe problemy. To na pewno minie za jakiś czas. Przede wszystkim warto zwiększyć ilość
personelu, bo w pojedynkę ciężko jest wszystko ogarnąć na sali. Co prawda
właściciel też krążył po lokalu, ale nie angażował się w obsługę, choć znalazł
czas na chwilkę rozmowy o daniach z karty. Na kuchni zaś brylowała
prawdopodobnie jego żona, która co chwilę wydawała kolejne pyszności, przywołując
panią Martę – kelnerkę. Mar – ta! Mar-ta! Taki okrzyk dało się słyszeć
najczęściej. Muzyka etniczna była jedynie tłem. Oj, działo się. Nawet
najmłodszy restaurator pomagał. Przywitał nas przy stoliku, podając karty. Zajęte
stoliki i ogrom pracy powinny mimo wszystko cieszyć.
Z wystroju zapamiętaliśmy głównie zdjęcia
przedstawiające obrazy charakterystyczne dla Armenii. Poza tym było czysto i porządnie, a to najważniejsze.
Niech najlepszym podsumowaniem będzie stwierdzenie,
że cieszymy się, że Armenię mam na wyciągnięcie ręki. Mogę podczas każdej
przerwy w pracy wpadać tam, a Łaszek może zapomnieć o gotowaniu w domu,
gdy wracam późnym wieczorem. Nie zapominamy o aspekcie konkurencji. Jeśli w
Armenii ciągle będzie tak smacznie, to do baru Anuszik nie będzie nam po drodze,
oj nie będzie… A mięcho z sosami,
gęste zupy i konkretne przyprawianie to coś, co jest bliskie naszemu narodowi
w kwestiach kulinarnych. Dlatego wróżymy sukces.
Adres:
Narutowicza 27
Godziny
otwarcia:
Poniedziałek
– piątek: 11:00 – 23:00
Sobota: 11:00
– 24:00
niedziela: 11:00 – 21:00
Nie można
płacić kartą
Niedostępna
dla ludzi na wózkach
Jest juz możliwość płacenia kartą:)
OdpowiedzUsuńJa uwielbiam armeńskie jedzenie. Gorąco polecam, aromat nie do zastąpienia.
OdpowiedzUsuńbylem :) skusilo mnie chinkali ktore uwielbiam. jest nieco inne niz to w radomiu w matrioszce (kuchnia gruzinska) troche za duze jak dla mnie , ciezko je zlapac i zjesc rekami, a jesli ktos uzywa sztucow to caly bulion wyplywa i traci to sens.. smak troche inny niz guzinskie ale smak mnie nie zawiodl
OdpowiedzUsuń