Długo zastanawialiśmy się nad tym,jakie
tajemnice kryje w sobie ten lokal. Walczyliśmy od lat z lękiem przed
wejściem do niego, biliśmy się z myślami. W końcu natchnieni bojowym duchem –
weszliśmy, a raczej zeszliśmy.
Wiedzieliśmy,
że ten bar ma tradycję długą i niekoniecznie chlubną, o czym świadczyły liczne
komentarze w cyberprzestrzeni. Jednak skoro nadal funkcjonuje, to musi kryć w
sobie tajemnicę, którą pewnie chciałby poznać każdy restaurator. Odwagi na
badanie przyczółka kuchni potocznej zwaną azjatycką lub chińską dodało nam
Święto Niepodległości, którego obchody odbywały się na tradycyjnie na Placu
Litewskim. Pokrzepieni wojskowym duchem przemaszerowaliśmy przed deptak i
przypuściliśmy szturm na jedną z licznych bram i lokal umiejscowiony w
suterenie. Drzwi nieco uchyliły się i zdziwiony reprezentant Złotego Smoka
(chyba kucharz) zaprosił nad do wnętrza. A w nim jakieś źródełko i pływające
rybki, posągi poczciwie grubego Buddhy i lampiony, które pamiętam z pierwszych
orientalnych knajp w Warszawie, a także mieszkania dziadków, którzy trochę
podróżowali i lubili takie bibeloty. Z zajęciem miejsca nie było problemu,
choć wnętrze niemal żywcem wyjęte z lat 90-tych stopniowo się zapełniało.
![]() |
Zupa rybna |
![]() |
Zupa won-ton |
Napięcie
sięgnęło zenitu, kiedy Łaszek wycedziła: „Jak się nie potrujemy, to będzie ok.
A jak znikniemy – nikt nie zauważy, nawet nie będą wiedzieli gdzie
szukać”. Przypomniało mi się, że kiedyś odwiedziłem filię lokalu (jeśli się
mylę, to poprawcie mnie), ale nie zostałem nawet obsłużony. Po 15 minutach
słuchania zażartej dyskusji na zapleczu, zrezygnowałem. Przemyślenia przerwały
pierwsze dania – parujące zupy. Rybna (8 zł) zawierała kapustę, paluszki surimi
oraz mdłe kluski. Ryba też była i to w całkiem sporej ilości. Bulion był słony,
glutaminianowy i bardzo przypominał płyn z zupy won-ton (6 zł), która była
trochę inaczej przyprawiona i zawierała całkiem niezłe pierożki z drobiowym
nadzieniem, ale bazowała na podobnym, dziwnie smakującym roztworze. Wielkość
porcji każe sądzić, że ważna jest ilość, a nie jakość.
Zup nie dojedliśmy, bo
gdy straciły wysoką temperaturę , stały się nie do zniesienia. W roli głównej
atrakcji oboje upatrywaliśmy wołowinę. Chyba pierwszy raz zdarzyło się, że
oboje zamówiliśmy dania z tym samym składnikiem „głównym”. Moja wołowina w
sosie ostrygowym (14 zł) była bardzo słona, ale miękka więc postanowiłem ją
wyjeść. Warzywa zostały niemal nietknięte. Ich smak przez dodanie mdłego sosu
niewiadomego pochodzenia był nie do zaakceptowania. Przynajmniej ryż został
dobrze ugotowany, można było jeść do pałeczkami i miał neutralny smak. Do dania
podano słodką surówkę, której przydałoby się nieco kwasu i pikanterii, ale nie
odstraszała.
![]() |
Makaron ryżowy z wołowiną |
W
łaszkowym makaronie ryżowym z wołowiną (10 zł) najbardziej przeszkadzały
rozgotowane warzywa i znów tragiczny sos. Reszta była do zaakceptowania, ale
pod wpływem wspomnianego sosu odechciewało się konsumpcji. Łaszek podsumowała:
smak jest taki, jak i całe miejsce”...
![]() |
Wołowina w sosie ostrygowym |
W
Złotym Smoku nie można płacić kartą więc udałem się na poszukiwania bankomatu,
a w tym czasie kelner, który zauważył pełne talerze, uprzejmie
zapytał: „Zapakować na wynos”?. W ten sposób nie musiał pytać: „czy
smakuje”? Na plus zapisać można jedynie wielkość porcji i niskie ceny oraz
serwis, pod warunkiem, że odpowiada za niego pan, a nie pani. Uszliśmy
z życiem. Na pocieszenie zafundowaliśmy sobie świetne lody czekoladowe z
dodatkiem chili od Bosko. Takich wrażeń zabrakło w Złotym Smoku, ale to
wszystko dla Was. Nie musicie sprawdzać ich na własnej skórze.
Adres: Krakowskie Przedmieście 30
Telefon: 81 534 44 88
Internet:https://www.facebook.com/Restauracja-Chi%C5%84ska-Z%C5%82oty-Smok-435416799927335/?fref=ts
Nie można płacić kartą.
Niedostępna dla ludzi na wózkach.
Komentarze
Prześlij komentarz