TOP 5 lubelskich restauracji odwiedzonych w 2018 roku

Wyróżniliśmy mniej lokali, porównując wynik do tego z 2017. Może poziom spadł, a może po prostu my byliśmy w gorszej formie, jeśli chodzi o zwiedzanie knajp. Pewne jest to, że restauracji wciąż przybywa, ale nie przekłada się to na atrakcyjność oferty. Na nudę jednak nie można narzekać. Ciekawostką jest fakt, że dwie z pięciu wyróżnionych restauracji wystartowało dopiero pod koniec roku. Bez nich ranking byłby o wiele smutniejszy. Sprawdźcie, które miejsca wyróżniliśmy i co o nich pisaliśmy. Pamiętajcie, że w rankingu znajdują się tylko te, które odwiedziliśmy po raz pierwszy.


5. Willa Filiks (Armatnia Góra 10, Nałęczów)

„Szefowej kuchni przedstawiać bywalcom knajp raczej nie trzeba. Agnieszka

Filiks regularnie prowadzi warsztaty i pokazy, a także uczestniczy w konkursach i akcjach charytatywnych”. Willa Filiks to lokal elegancki, ale bez oznak snobowania. W menu są i klasyki i regionalne akcenty. Najmilej wspominamy rosół z rydzami i pierożkami z jagnięciną. Ważnym atutem jest profesjonalna i sympatyczna ekipa kelnerska. Jest smacznie i solidnie, ale przydałoby się nieco pozytywnego szaleństwa albo dokładności, jeśli szaleć nie chcą.

4. Zatar (Solna 4, Lublin)

Pisaliśmy tak: „choć lokalik mały, a ludzie już siedzieli, to wszystko działało,

niczym w garmażerce koło korpowioski. Ledwie omietliśmy wzrokiem wnętrze, odnotowując świeże kwiaty, tajemne paki i tajemnicze słoiki, a już na paletowym stoliku wylądował grillowany kalafior. Nuda, co? Otóż nie. Świeże i marynowane warzywa (m.in. ogórek w kurkumie i fenkule), orzechy pinii, melasa z daktyli, ryż, sporo zieleniny i tahini – talerz kipi od kolorów i aromatów, a główny bohater – oswojony, choć twierdzimy, że niezrozumiany u nas kalafior (często niemiłosiernie rozgotowywany), staje się atrakcją”. A oprócz rzeczonego kalafiora pochłonęliśmy hummus, wędzone i grillowane podudzie kurczaka oraz falafela. Teraz wybieramy się na jagnięcinę. Orientalne smaki, zapachy, wrażenia. Nie pozostaniecie obojętni.

3. Eger (Czerniawy 53b, Kazimierz Dolny)

„Daliśmy się ponieść węgierskim uniesieniom. Bogracz – świetny. Słony, pikantny, pełen umami i co najważniejsze, papryką pachnący tak bardzo, jakbyście sami go robili w waszych kuchniach i nie oszczędzali na tym

czerwonym proszku. Miękkie mięso, pieczarki, ziemniaki i galuszki. Wszystko parujące w jedynym uznawanym, trójnogim kociołku.
Halaszle – bezbłędna. Duże kawałki karpia z ośćmi (musicie to wytrzymać, bo warto) pływają razem z papryką i cebulą w rybnym, średnio intensywnym wywarze z dodatkiem pomidorów. Zwarta i nieoszukana ryba jest tu równie ważna, co płyn, który ją oblewa. Chcemy więcej”. Czytaliśmy o nich dobre opinie na przestrzeni kilku lat. Powtarzalność to jeden z najtrudniejszych elementów do opanowania. W Egerze to nie problem. Cenimy ich również dlatego, że mają specjalizację, której są wierni. Mydło i powidło im nie grozi.

2. Tinto (Plac Łokietka 3, Lublin)

Chcecie wina i jedzenia? Już wiecie, gdzie iść. "Ich menu z początku nie oszałamia, ale dania są wciągające i pobudzające. Jeśli dodamy do tego dobrze dobrane wino i mądrą obsługę, to mamy restaurację kompletną. Wystrój,

oprawa muzyczna i przestrzeń łączą się w elegancką całość. Nie znaczyłoby to nic, gdyby nie odpowiedni ludzie. Od progu czuliśmy, że jesteśmy mile widziani. Oprowadzenie po lokalu, odebranie płaszczy. Nic wielkiego, a jednak działa. Łaszek zażyczyła sobie foodpairingu przy sałatce z pieczonych warzyw i długo dojrzewającą, przyjemnie wilgotną, mięsistą kaczką (34 zł). Nie wiemy, czy jakaś inna flaszka kwaśnej wody sprawdziłaby się tu lepiej, ale zaproponowany Weissburgunder Durkheim 2015 od Hanewald-Schwerdt dał się poznać z najlepszej strony. Owocowy w nosie, lekko orzechowy, może maślany w ustach, mocno wytrawny i potężny (14%) nie zdominował sałatki, w której znaleźliśmy chrupiącego topinambura (tu też mamy orzechowy akcent), majonez z kolendry, wyrazistą cykorię, winogrona (skąpane marynatą) i dojrzewającą pierś kaczki. Bardzo ładny talerz, dużo kolorów i szereg doznań. Do tego rzecz jasna pieczywo (wieloziarniste) z masłem własnej roboty. Dojadałem po Łaszku”.
Szef kuchni Marcin Jurek nabrał kulinarnych rumieńców. A to na pewno nie są jego ostatnie pomysły. Kto by pomyślał, że będziemy tak długo wspominać sałatkę? Terrina też chodzi po głowie.


1. Manifest. Kuchnia i Wino (Przechodnia 4, Lublin)

To się nazywa zwycięstwo „rzutem na taśmę”. Duża w tym zasługa winnej

wszystkiemu, winiarskiej familli Czaja. „Skąd pewność, że w Manifeście będzie lepiej, choć i tak jest wybornie? Ano stąd, że gotuje tam Marysia Znamierowska, która znana jest z kuchennych harców m.in. w Zielonym Talerzyku i Perłowej Pijalni Piwa. Jej pomysły na warzywa i wmieszanie ziół wszędzie gdzie się da, np. w desery, to zawsze obietnica sybaryckiej przygody”. Co nam tam smakowało? Hmm...pomyślmy. Wszystko. Bez ściemy. Do tego niebanalna obsługa, która potrafi wyjść z trudnych sytuacji. Co wspominamy najmilej? „zaczarowała nas zupa cytrynowa z wędzonym karpiem i żółtkiem. To jest test na to, czy jesteście smakoszami, czy żarłokami. Fakt, nie najecie się nią, ale z pewnością zechcecie patrzeć, wsiąkać w jej aromaty i doceniać kunszt gotujących. Sekret tkwi w proporcjach. Wędzony karp nie przytłacza, cytryna nie wykrzywia, żółtko tutaj to cudowne spoiwo. Wiosłowaliśmy niedużą zupkę niedużą łyżką i niedużo brakowało do pełni szczęścia”. Dorzućcie do tego zjawiskowy rozbratel albo rozmarynowy creme caramel i zostańcie dłużej. Dobre było wszystko. Tak powinno być wszędzie.

Komentarze