Chata i Rynek 14 - Pierwszy rajd na orientację

Idea była prosta: pobiegliśmy przed siebie i pozwoliliśmy zanieść się nogom tam, gdzie głód prowadził.

Niedzielny poranek – smak pościeli mieszał się z miękkością kawy. Bezczelne złamaliśmy zasady zdrowego żywienia (nie wiem które, ale jakieś na pewno), jedząc kruche ciasto z truskawkami na śniadanie. Więcej grzechów pamiętam i nie żałuję. Może jedynie tego, że obiecałem Pani Łaszek: rosół na  kurzej nodze. Obietnicy nie spełniłem. Rzeczywistość po raz kolejny okazała się brutalniejsza ode mnie – Zielone Świątki -  obwieściły media. Nic dzisiaj nie kupisz. Dla mnie to nie tragedia. Nawet dobrze – niech odpocznie supermarketowa familia – pomyślałem w duchu.  Ale ta noga drobiowa obiecana nie dawała spokoju. No nic – pomyśleliśmy. Pójdziemy w miasto. Słowo    w czyn zamieniliśmy.

Rosół musiał być. Taki niedzielny rytuał. Najbliżej była, jak się okazało po 10 minutach marszu – Chata, karcma regionalna. To chyba oficjalna nazwa przybytku przy Nadbystrzyckiej 16. Siedliśmy pod daszkiem ze strzechy, który uchronił nas od deszczu. Obsługa była sprawna, nie ginęła na długi czas. Nie napraszała się. Zamówiliśmy jakżeby inaczej – rosół z kluchami (8zł) dla Łaszka oraz kotlet schabowy z kostką (pamiętajcie, że schaboszczak powinien być z kostką) podany z gotowanymi ziemniakami i buraczkami zasmażanymi (29zł) . Jak łatwo zgadnąć, to moje zamówienie. Do tego zimne, złociste trunki z małych polskich browarów (po 8 zł za butelkę) – jak dobrze, że tyle ich już jest na rynku. Czas oczekiwania na potrawy – ok.15-20 minut, co było dobrym czasem, biorąc pod uwagę ilość gości w Chacie. Nie nudziliśmy się bo dostaliśmy pieczywo ze smalcem jako starter. Dziwnie brzmi starter w kontekście „karcmy regionalnej” . Nieważne. Razowca trochę za mało, smalec mógłby mieć więcej treści cebulowo-skwarkowej, ale miły gest zawsze należy docenić. Zwyczaj ten powinien wszędzie zawitać. Główni bohaterzy stołu zaprezentowali się na podobnym poziomie. Rosół – klarowny, średniotłusty, ciut za słony, z rozgotowanymi kluchami. Może tutejsza klientela tak lubi. Nogi nie było,ale chęć na nią przygasła. Uff… . Następnego dnia marzenie udało się zrealizować. W kwestii schabowego – panierka dość gruba, miejscami przypalona, skrywająca trochę zbyt wysuszone mięso, ale porcja była słuszna.
No tak na regionalnie miało być, nie? Kartofle miały lekki posmak wymęczonego ogniem garnka. Mimo to obroniły się delikatnością i świeżym koperkiem. Buraczki jakich pełno – znośne.

Rajd należało kontynuować. Po pokonaniu kilku kilometrów pieszo  i zachwytami nad niedzielnym spokojem, odganiającym poniedziałkowe widmo marazmu, znaleźliśmy się  na Placu Litewskim, gdzie odbywały się koncerty i warsztaty w ramach „Tygla Kultur i Tradycji” . Miały odbywać się tam degustacja potraw z różnych stron świata. Ale chyba mój wybiórczy wzrok pomylił terminy na plakacie. A może ktoś to olał? W każdym razie nic z tych rzeczy. Sami musieliśmy poszukać owego tygla. Oczywiście na orientację. 
Podążyliśmy do ogródka restauracji Rynek 14 pod tym samym adresem. Tam jest zawsze miła obsługa i dobre jedzenie. Tak było i tym razem. Na wstępie uwidocznił się po raz enty mój dar trafiania w dania, których „akurat nie ma dzisiaj” . Pani kelnerka jednak uświadomiła nas, że pierogi z owocami będą wtedy jak owoce będą gotowe na zebranie w zaprzyjaźnionym sadzie – aż się błogo uśmiechnąłem w nadziei na powrót. Wspomnę w tym miejscu o fenomenalnej agrestówce, którą kiedyś tam zostaliśmy poczęstowani. Wyrabiana tradycyjnie przez zaprzyjaźnione zakonnice. Można korzystać z dobrodziejstw nas otaczających?  Można, tylko trzeba chcieć. Tutaj pochłonęliśmy wątróbkę drobiową (bardzo aromatyczną, z ziołami i cynamonem, odrobinkę za twardą) w cenie 20zł i ozór w sosie szarym (15zł). 
Ozorek wołowy gotowany i podpiekany, w polskim szarym sosie z rodzynkami.  Zgrabne ścinki        z pora na których podany był ozorek i pomidorki koktajlowe zamarynowane w cebulce dopełniały dzieła. Tradycje w najlepszym wydaniu. Rajd został zakończony godnie.

Na dłuższe opisy tych przybytków przyjdzie jeszcze czas. Warto zauważyć,że były to dwa warianty „kuchni polskiej” . Może podzielić ją na wiejską i mieszczańską?
 „Koko euro spoko” vs. „Ostatnia Niedziela”? Sami sprawdźcie i oceńcie.

Adresy w Internecie:

Komentarze

  1. Trzebabyło udac się do Mandragory, kuchnia żydowska - przegenialna! A na kawkę do Akwareli :) Obie przy rynku. Polecam

    OdpowiedzUsuń
  2. Byliśmy,ale wybierzemy się raz jeszcze w celu dokładnego opisania.
    Dziękujemy za sugestie i prosimy o więcej! Już niedługo kolejne recenzje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam.
    Trafiłam przypadkiem, i mam zamiar dzisiaj przejść się do Carmen!
    Rynek 14 i Mandragora to chyba ta sama właścicielka?! Gefilte fisz(puplety) w Mandragorze są bardzo dobre :)
    jeśli coś mogę dodać to design bloga i to tło w logo wygląda beznadziejnie, popracujcie nad tym.
    Przykład: restaurantica, krytyk kulinarny czy gastronomia24.
    Mała Mi

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląd się zmienia, konsultacje trwają. Dziękujemy za sugestie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zto co proponuje Mandragora może jest i dobre w smaku ale nie ma niczego wspolnego ze smakiem żydowskiej kuchni. Płacicie za fantazje właścicielki, która skrzętnie z izraela przywozi drobiazgi, raczy słuchaniem muzyki śpiewanej w j., jidysz lub hebrajskim (czasami jest to język serbsko-chorwacki ale ta Pani tego nie wie). Kuchnia żydowska jest kuchnią koszerną.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz