02 listopada 2012

Carmen – nie pierwszy powrót, pierwsze miejsce



Mamy niekwestionowanego lidera restauracyjnego
w Lublinie.

Tej restauracji nie trzeba specjalnie przedstawiać. Jeśli potrzebujecie kilku zdań przybliżających sylwetkę tego przyjemnego miejsca, zachęcamy do pierwszej recenzji: http://czysmakuje.blogspot.com/2012/05/normal-0-21-false-false-false-pl-x-none.html .

Konkret jest taki, że po wymianie zdań z właścicielami i kilkoma nieporozumieniami związanymi z tym procesem, chcieliśmy sprostować naszą ocenę. Doprecyzować i podkreślić to, że póki co nie widać godnego rywala. Myślimy o rankingu, konkursie na najlepszą jadłodajnię, stąd też krystalizacja przodownika naszego aspirującego, gastronomicznego światka.

Wizyta numer 22 potwierdziła kunszt szefa kuchni. Dobrze przeczytaliście. Dwadzieścia dwie wizyty. Podczas żadnej nie wyłożyli się na tyle, żeby odmawiać im lauru pierwszeństwa. Ismael Hernández wraz z ekipą wiedzą jak „to” robić. „To” czyli prowadzić biznes, a jednocześnie sprawiać gościom przyjemność.
Sałatka z kurczakiem

Obiad rozpoczęliśmy od sprezentowanych oliwek.  Jak zawsze w tym miejscu. Ważne, że z pestkami. Ma to wpływ na smak. Sprawdźcie sami. Z karty, Łaszek postanowiła sprawdzić nową sałatkę z kurczakiem (28 zł). Z tym rodzajem jedzenia od zawsze jest problem. Bo albo banalne, albo przekombinowane, albo oszukane. Zdarzają się też zwyczajnie spaprane. Nie w Carmen.  Kurczak odpowiednio grillowany, soczysty. Do tego mieszanka świeżutkich sałat, słodki ananas i ser Manchego. Póki co nasz ulubiony jeśli chodzi o te hiszpańskie. Chwilę wcześniej moje palce zaczęły rozrywać delikatne pancerzyki krewetek a la sal (28 zł). Pani nas obsługująca ostrzegła, że są w całości. Podobno klientom średnio to się podoba. Co za ludzie…   
Krewetki a la sal
Sól morska i cytryna podkreśliły ich walory. Sos był zbędny. Gryzłem, wysysałem, oblizywałem i zaczynałem wariować. Poczuliśmy ciepło płynące z żołądków i z przyjemnego wnętrza knajpki. Z sączącej się z głośników muzyki flamenco oraz prądy płynące w nas po wysuszeniu pierwszych kieliszków owocowej Sangrii (17 zł za pół litra) .
Pstrąg
W dalszej kolejności poprosiliśmy o pstrąga marynowanego w mojo z kolendry, na puree z ziemniaków i pieczonej papryki (31 zł).  Trzeba wam wiedzieć, że właśnie ryba była daniem, które trzeba nam było ocenić. Tego m.in. dotyczyła polemika z właścicielami. Tym razem nie mam podstaw do biadolenia. Świeży pstrąg został otoczony delikatną panierką, finezyjnie ułożony na przetartych ziemniakach, połączonych z papryką, przykryty cienko pokrojoną, podpieczoną, ognistoczerwoną kolejną odsłoną, tego charakterystycznego dla Półwyspu Iberyjskiego warzywa. 
Otrzymałem też sosjerkę z słodko-kwaśno-słonym sosem, który dopełnił dzieła. Lubię ten stan, kiedy zmysły nie mogą podjąć decyzji, błądząc, ale jednocześnie chcąc więcej, w skutek ciekawych połączeń. 
Churros z gorącą czekoladą
Został jeszcze deser. Chrupiące churros z gorącą czekoladą (13 zł). Czekolada wyważona, między słodyczą a goryczą. Gęsta i gorąca. Paluszki słono-słodkie maczane w niej nadal były chrupiące. Przyjemny finisz. Deserowa Dama vel Wisienka na Torcie była zadowolona.
W kwestii obsługi nic się nie zmieniło. Zna się na rzeczy, jest uśmiechnięta i pomocna. Kolejne udane wizyty to również zasługa tych miłych Pań i Panów.  Pod każdym względem Carmen rządzi. Jak ktoś nie chce się zgodzić i planuje pluć jadem w komentarzach to obiecuję, że tym razem chętnie będę odpowiadał i skończy się grzeczność.

5 komentarzy:

  1. A ja mam pytanie: jak wejść do Carmen? Błądziliśmy ostatnio wokół szyldu,między akwarelą a jakimś urzędem? i ostatecznie zdecydowaliśmy się na Mandragorę... Pozdrawiam, Dagmara

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzeba wejść w niebieską bramę , lub jak kto woli za bramę. Będąc na "patio", od razu widać schody w dół do restauracji. Oto zdjęcie kamienicy:

    http://fotopolska.eu/215662,foto.html

    Dziękujemy za komentarz i życzymy miłej lektury.

    OdpowiedzUsuń
  3. Poszli do "odwiecznego wroga" Carmen... Do bezpośredniej konkurencji!! Do byłego władcy feudalnego i ciemiężyciela. Ech, co za faux pas...

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie. O ironio... . Tylko najbardziej dociekliwi interesują się właścicielami.

    OdpowiedzUsuń
  5. słabo, bardzo słabo ale cóż jak się kupuje najtańsze produkty marki aro a później sprzedaje jako niby prosto z Hiszpanii.
    Jak zwykle mało obiektywizmu w tych opisach. Gdzie niby profesjonalizm piszących opinie...
    Proponuję poznać w każdej restauracji właścicieli.
    Cha cha cha. Żenua.

    OdpowiedzUsuń